Odcinek 18-22: Bali. Turystyczne getto czy kulturalna mekka?

Nie lubię Bali i wątpię, bym kiedykolwiek zmieniła podejście. I nie dlatego, że lokalny koloryt i kultura mnie nie zainteresowały – wręcz przeciwnie! Dziedzictwo kulturowe Balijczyków, religia, ceremoniały dnia codziennego, sztuka – wciąga, inspiruje i zaskakuje. Ale obok całego piękna tych aspektów pojawia się kolejne bardzo ważne zagadnienie – masowa turystyka, która psuje nie tylko sam krajobraz wyspy, a też samo podejście jej mieszkańców do przyjezdnych.

Z Jawy na Bali dostałam się autobusem, który jechał prawie całą dobę. Nie była to zbyt szczęśliwa podróż – obok mnie siedział olbrzymich rozmiarów mężczyzna, który zajmował nie tylko swoje siedzenia, ale i pół mojego. Oprócz tego, przez całą drogę było mu okropnie gorąco, więc namiętnie włączał nawiew nie tylko nad swoim, ale i moim siedzeniem. Co powodowało, że trzęsłam się jeszcze bardziej w i tak lodowatym pojeździe, a kokonowanie w śpiworze pomagało tylko częściowo.

Podczas przeprawy promem na wyspę wszyscy 3 kierowcy pojazdu postanowili sobie ze mnie pożartować i jak to zwykle w Indonezji bywa, trochę poromansować. Z opresji uratowała mnie dziewczyna, która siedziała 2 rzędy za mną – nie tylko zmiażdżyła Panów ostrym słowem, ale i później zaopiekowała się mną po dojeździe do stolicy Bali, Danpasar.

Nowy dworzec autobusowy w okolicach Danpasar jest oddalony dobrych kilkanaście kilometrów od centrum miasta. Razem z poznaną dziewczyną postanowiłyśmy zrzucić się na taxówkę i pojechałyśmy w stronę Kuty, ponieważ nie ma zbyt wiele innych opcji. Ceny taxi są odgórnie ustalone i podane na dworcowym cenniku. I nie są to małe kwoty – towarzysząca mi dziewczyna z Jawy sama przyznała, że ceny są bardzo wysokie, szczególnie dla innych mieszkańców Indonezji.

Po kilkunastu minutach jazdy zajechałyśmy pod jakieś ładne domostwa na obrzeżach miasta i dostałam informację, że pora wysiadać. Trochę zdziwiona zaczęłam dopytywać, dlaczego nie jedziemy do centrum miasta, na co moja towarzyszka uspokajającym tonem wyjaśniła, że musi tu załatwić kilka rzeczy, więc zaprasza mnie na chwilę odpoczynku, a potem mnie zawiezie do miasta.

Szczerze, było mi wszystko jedno. Budynek był na tyle piękny, że wręcz z ciekawością weszłam do środka i odkryłam salon medycyny naturalnej i masażu leczniczego. Moja nowa koleżanka, nauczycielka z Yogyakarty, w wolnych chwilach edukowała się w zakresie medycyny alternatywnej i raz w miesiącu przyjeżdżała na Bali na zajęcia praktyczne. W czasie gdy ona omawiała jakieś szczegóły z obsługą, ja zwiedziłam obiekt, wypiłam przepyszną herbatę, przejrzałam wszystkie eksponaty w sklepiku i przy pomocy właścicielki skonfigurowałam odpowiednio tamtejszą kartę SIM w telefonie. W gratisie dostałam namiary na informatyka, który miał mi pomóc w naprawie komputera. Dziewczyny były przesympatyczne i zaliczam to popołudnie do bardzo udanych. Jednak senność po długiej podróży dawała mi się mocno we znaki, więc poprosiłam o zamówienie dla mnie skuter taxi – Ojek. Kierowca, po ustaleniu rozsądnej ceny zawiózł mnie do dzielnicy turystycznej, gdzie przez dłuższą chwilę szukałam taniego miejsca do spania. I tutaj uwaga – na Bali nie ma tanich guest house’ów, a w Kucie to już w ogóle. Ceny wszędzie są wysokie, dostosowane pod zasobność portfela Australijczyków.

Razem z poznanym po drodze Belgiem, byłam pewna, że będę musiała nocować w hostelu, który też był drogi (8 dolarów/ noc to najniższa cena, jaką znalazłam). Nie poddałam się jednak (a Belg tak!) i w końcu znalazłam prywatny pokój ze śniadaniem (banany i termos słodkiej herbaty) w sercu Kuty. Miejsce było niesamowite, bo sw typowo balijskim stylu – każdy dostaje do dyspozycji pokój z łazienką, który jest częścią domku (1 domek = 2 pokoje), a same domki znajdują się w cudownym, prawdziwie balijskim ogrodzie.

I to by było na tyle z zachwytów nad Kutą, bo niestety cała reszta to jedno wielkie rozczarowanie.

A mianowicie:

  • wszechobecna pijana i głośna młodzież, głównie z Australii i USA
  • naciągacze i krzykacze na każdym kroku, nawet na plaży
  • brudna plaża pełna sprzedawców wszystkiego i promotorów klubów surfingu = zero spokoju i wypoczynku (nie poleżysz, bo co 2 minuty ktoś do ciebie podchodzi i chce coś wcisnąć)
  • zachodnia infrastruktura powodująca, że czujesz się nie jak w Azji, a w każdym wielkim molochu w Europie
  • okropnie wysokie ceny za wszystko, od noclegów, przez jedzenie (nawet w warungach), transport i inne atrakcje.

Po jednym dniu podziękowałam za takie historie i zwiałam do Ubud – testując przy tym ofertę połączeń minibusowych oferowanych przez głównego przewoźnika prywatnego na wyspie – Perama Bus. W minibusie niespodzianka, po ponownie wpadłam na spotkanego dzień wcześniej Belga, który po nocy w głośnym hostelu nie tryskał energią oraz poznałam kilka osób z Niemiec. Po dotarciu do Ubud całą grupą poszliśmy szukać noclegów. I tu kolejne zaskoczenie, bo Ubud mimo, że dużo spokojniejsze i ładniejsze niż Kuta, okazało się też … droższe. Głównie dlatego, że mało jest tu typowych low costowych guest house’ow, a sporo komfortowych pensjonatów i hoteli z basenem, barem i wysokiej jakości obsługą.

Każdy z nas wybrał miejsce najbardziej mu pasujące – ja miałam szczęście, bo trafiłam na całkowicie nowy obiekt, gdzie za bardzo atrakcyjną cenę otrzymałam ogromny i bardzo wygodny apartament z łazienką, aneksem, klimatyzacją i olbrzymim śniadaniem wliczonym w cenę serwowanym mi rano do stolika przed wejściem do apartamentu (!). Takiego luksusu w Azji jeszcze nie miałam okazji zaznać, więc cieszyłam się wszystkim jak dziecko 🙂

Następnego dnia pojechałam zwiedzać świątynie hinduskie znajdujące się dość blisko Ubud – Pura Gunung Lebah, Pura Tirta Empul i Gunung Kawi. Wejścia do wszystkich były oczywiście dość mocno otoczone wszelkiego rodzaju sprzedawcami, a zakup biletu wiązał się z wynajęciem saronga, czyli czegoś na kształt chusty o pięknym wzorze wiązanej na biodrach i obowiązkowej podczas odwiedzin świętych miejsc. Najlepiej ze wszystkich obiektów zapamiętałam Pura Tirta Empul, która jest świątynią słynącą ze źródeł świętej wody, która oczyszcza.

Wybrałam się także na zachwalane przez wszystkich tarasy ryżowe Tegalalang, które nie zrobiły jednak na mnie wrażenia… Trawa ryżowa były raczej żółtawa niż intensywnie zielona (odwiedziłam Bali podczas okresu suszy), a liczba naciągaczy po raz kolejny mnie zniechęciła do dłuższych kontemplacji.

Wieczory w Ubud mijały mi dość spokojnie, na poszukiwaniu lokalnych garkuchni – co wymagało nie lada sprytu i sił witalnych. W jednym z miejsc udało mi się zjeść coś a la rosół z nóżek kurczaka z niebieskim makaronem i skwarkami i do tej pory nie wiem, dlaczego makaron miał taki kolor. Odwiedziłam też słynne Monkey Forest, czyli miejski park, w którym żyją rozpieszczone przez turystów do granic możliwości małpy. Atrakcja jak atrakcja, dla mnie trochę niewarta wysokiej ceny biletu wstępu – dla mnie ciekawsze jest obserwowanie małp żyjących dziko w w dżungli czy na tropikalnych wyspach, które chętnie się integrują gdy masz jedzenie i budzą cię każdej nocy skacząc po dachu twojej chatki.

Z Ubud wybrałam się do Loviny, zachwalonej mi kilka razy przez członków podróżniczej grupy na Facebooku. Lovina okazała się brudna, brzydka i ogólnie nieciekawa. Nie ratował jej nawet fakt położenia nad oceanem – nie bardzo ma się ochotę wypoczywać na zaniedbanej plaży, a sama miejscowość jest znana z organizacji wycieczek, by śledzić delfiny (które podobno są tu zapędzane przez ludzi na łodziach, by zarobić na turystach).

Szlag mnie trafił w sumie  tym miejscu kilka razy, ale najbardziej zaraz przy przyjeździe – otóż przewoźnik Perama ma w Lovinie swój prywatny „dworzec” znajdujący się kilka kilometrów od centrum miasteczka. Wszyscy pasażerowie muszą tam wysiąść i kombinować, jak dostać się do centrum, ale uwaga – nie mogą się stamtąd od razu wydostać. „Procedura” jest taka: jak wysiadasz z autobusu, brama wjazdowa się zamyka, a Ty zostajesz poinformowany o tym, że w koszt podróży wliczony jest … posiłek. Razem z innymi skonsternowanymi pasażerami, siadasz przy stoliku, gdzie pojawia się (niedobre) jedzenie. Gdy zaczynasz jeść, obsługa dworca przysiada się kolejno do stolików (wygląda to trochę jak jakiś sales speed date), próbując naciągnąć cię na jakąś wycieczkę lub transfer do centrum…. Razem z Liroyem, Niemcem o polskich korzeniach, udało nam się zwiać stamtąd szybko, ale wiele osób miało poważne problemy z asertywnością.

Zamieszkaliśmy w pensjonacie znajdującym się przy bocznej uliczce i umówiliśmy się następnego dnia na wycieczkę skuterową po północy wyspy. Mój pokój był delikatnie mówiąc, bardzo słaby, a do tego drzwi atakowała raz na kilka godzin sprzedawczyni ozdób z łupin kokosa, która prowadziła swój sklepik po drugiej stornie ulicy… Próba wyjścia na okropnie brudną i śmierdzącą plażę kończył się 20 ofertami masażu lub wynajęcia leżaka. Innymi słowy – zamiast leżeć, pachnieć i odpoczywać, szukałam ustronnego kawałka plaży tak długo, że aż doszłam do centrum miasteczka i głównej plaży ( jakieś 7km). Te okolice przypominały bardziej polskie kurorty nadmorskie, więc nie miałam ochoty spędzać tam czasu – ruszyłam z powrotem, dla odmiany, wzdłuż głównej drogi.

Po kilkudziesięciu minutach spadł ogromny deszcz, a mnie rozkleiły się kolejne japonki i musiałam się chować pod dachami zakładów kamieniarskich, których na wyspie nie brakuje. Miałam powoli dość, ale po chwili spotkałam pana, który transportował na swoim rowerze olbrzymi garnek zupy z pulpetami mięsnymi. Ta zupa, jedzona w deszczu i bez butów, siedząc na poboczu, wydobyła ze mnie trochę endorfin – ciesząc się jak dziecko i nieudolnie pałaszując pałeczkami zupę, byłam prawdziwą atrakcją dla przejeżdżających obok na skuterach lokalsów.

Następnego dnia miała miejsce olbrzymi próba dla moich umiejętności i charakteru. Po raz pierwszy w życiu wsiadłam na skuter. I oczywiście, przejechałam 2 metery i wpadłam z impetem na ścianę domostwa, co mieszkańcy połowy ulicy skwitowali olbrzymim okrzykiem „OooooooOoooOOOo!”. Skończyło się na tym, że zaprzyjaźniłam się z jednym z pracowników z guest house’u, Rudim, który zgodził się zostać moim kierowcą i razem z Liroyem ruszyliśmy na wycieczkę.

Odwiedziliśmy:

  • miasto Singaraja i domy na wodzie. W tym miejscu nie zabawiliśmy długo – Rudi pokazał nam kilka ciekawych pomników na nadbrzeżu, Leroy pokłócił się z lokalnymi dzieciakami, które wyrzucały śmieci do wody, a ja prawie skręciłam kostkę skacząc z murka na chodnik. Po tych doświadczeniach, głodni pojechaliśmy do najbardziej nieturystycznego miejsca z możliwych – Rudi zabrał nas do typowej garkuchni ukrytej wśród wąskich uliczek zamieszkiwanych tylko przez Balijczyków. Na miejscu były do wyboru 2 potrawy – zupa na kogucich nóżkach lub wegetariańska opcja, czyli ryż z sosem orzechowym, obsypany sycie prażynkami. Za drugie danie, colę oraz dodatkowe paczki prażynek zapłaciłam równowartość 1,50zł, co było absolutnym rekordem cenowym podczas całej mojej podróży.

 

  • wodospad Aling-Aling, mówi się, że do odważnych świat należy i może to prawda. Ja dziś wiem na pewno, że do głuchych też świat należy, bo nie zrozumiałam czy też nie usłyszałam tego fragmentu rozmowy, podczas którego uzgadnialiśmy z Leroyem, że będziemy SKAKAĆ z wodospadu. Do samego końca byłam przekonana, że jedziemy ZOBACZYĆ tutejsze wodospady – jakież było moje zaskoczenie, gdy przy wejściu dostała kapok, informację do podpisania o braku odpowiedzialności przewodnia za moją śmierć lub uszkodzenia ciała, zostałam zaprowadzona jakieś 5 kilometrów w głąb wzgórza, a następnie poinstruowana, jak najlepiej zjechać lub skoczyć z kilkudziesięciometrowego wodospadu, by być w pełni szczęśliwym i się nie połamać. Mimo olbrzymiego strachu, zrobiłam to raz i postanowiłam więcej nie powtarzać. Nie należę do adrenalinomaniaków i z ulgą stwierdziłam, że jest więcej takich osób. Po kilkunastu minutach na moim głazie usiadł też biały jak ściana Brytyjczyk, który po jednym skoku także postanowił spasować.
  • świątynię i buddyjskie centrum medytacyjne Brahmavihara Arama – świątynia, jak świątynia, nic szczególnie specjalnego. Za to miła ciekawe doświadczenie względem zwiedzania wszechobecnych tutaj świątyni balijskiego hinduizmu.
  • gorące źródła – Air Panas Banjar. Oj tak, gorące źródła w Indonezji to ja zdecydowanie bardzo lubię, nawet gdy temperatura powietrza przekracza 35 stopni.

Z Loviny dotarłam do Padangbai, kolejnej nadmorskiej miejscowości, mocno znanej wśród turystów jako główny punkt łapania łodzi na Gili i Lombok. Po czarnych, wulkanicznych plażach Loviny miło było zobaczyć trochę białego piasku. Za to porównywalna do Kuty liczba sprzedawców wycieczek i transferów morskich męczyła na każdym kroku. Podobnie denerwujący był fakt, że przy próbie dostania się na każdą z 2ch plaż po obu stronach miasteczka, zawsze ktoś próbował wciskać kit o konieczności zakupu biletu wstępu na plażę. Podobne turystyczne scamy potrafią mocno zepsuć humor i radość z wycieczki. Kto by chciał się kłócić z lokalsem o 2 złote, w upale i ze świadomością, że on i tak będzie udawał, że nie rozumie po angielsku, gdy tylko rozmowa przybierze nieoczekiwany dla niego obrót….

Wypad na Blue Lagoon, raju dla osób snorkelujących przebiegł bezproblemowo, ale już próba dotarcia na drugą plażę w mieście – Biag Tegul (Hidden Beach) był przygodowy. Trzeba było przejść ze 2-3 kilometry szlakiem wśród krzaków, gdzie ja oczywiście zgubiłam się kilka razy. W końcu, gdy już bardziej niż lekko zboczyłam z kursu, zamiast na pięknej, białej plaży, wylądowałam w zatoczce oddalonej może o 500 metrów od miejsca docelowego. A ta zatoczka to było raczej wysypisko śmieci niż plaża- można było znaleźć tam wszystko, od plastikowych butelek, przez kawałki bloków cementu, parasole po resztki jedzenia . O ile azjatyckie tricki na ukrywanie przed turystami  brudu i bałaganu już poznałam, to jeszcze nigdy w życiu nie wylądowałam przypadkiem na skupisku brudu i syfu, które znajdowało się tak blisko głównej plaży w mieście i zabudowań…

Problem z Hidden Beach, do której w końcu dotarłam jest taki, że plaża zajmuje się w miejscu, gdzie bardzo trudno o cień. A wszystkie jej zaciemnione skrawki są zajęte przez właścicieli wielkich drewnianych leżaków plażowych. Jeśli więc nie chcesz skończyć po kilku godzinach ze skrajnym oparzeniem słonecznym, musisz zapłacić za leżak – a cena jest tak wygórowana, że za te same pieniądze na Sumatrze czy Jawie można wynająć pokój na noc i jeszcze zjeść dobry obiad.

W podsumowaniu, ani Lovina ani Padangbai nie spełniły moich potrzeb i marzeń o błogim kilkudniowym lenistwie. Wróciłam więc do Ubud, by przygotować się na dalszą drogę – kupiłam bilet na samolot do Hanoi z przesiadkę w Kuala Lumpur. Znając  klimat panujący w Ubud, jechałam tam spokojna. Szybko znalazłam dość tanią (jak na Bali) kwaterę w centrum miasta (kolejny raz miałam szczęście i dostałam domek w balijskim ogrodzie oraz codzienne przepyszne śniadanie serwowane przez przeuroczą gospodynię).

Tym razem potraktowałam Ubud już trochę delikatniej – wiedziałam jak omijać najbardziej turystyczne miejsca, co pozwoliło mi w końcu dostrzec urok tej mieściny: cieszyć się małymi sklepikami z rzemiosłem, biżuterią czy meblami – symbolami tego miejsca. Wspólnie z poznaną Łotewką, Kristiiną (z którą jak się okazało mamy wiele wspólnego i byłyśmy bardzo zdziwione, że nie wpadłyśmy na siebie nigdy wcześniej – pracowałyśmy nawet w tej samej sieci hotelowej na tych samych stanowiskach) zwiedziłyśmy Ubud Palace, palarnię kawy oraz punkty widokowe na wzgórzu Kintamani, skąd można podziwiać rozległą panoramę wokół wulkanu Batur (na Kintamani radzę bardzo uważać na kieszonkowców, namolnych sprzedawców wszystkiego oraz osób, które próbują Cię namówić na uiszczenie olbrzymich opłat za wejście na wzgórze).

Po raz drugi także skusiłam się na wizytę w świątyni Holy Spring Water, ponieważ ciągle miałam niedosyt po pierwszej wycieczce. Balijskie rytuały wodne robią olbrzymie wrażenie, bo są odległe od typowo chrześcijańskich obrzędów – tutaj wszystko jest kolorowe i pełne refleksji, ale w takim mniej męczeńskim stylu: sarongi, intensywność zapachów, wszechobecne kadzidła i ofiarne kwity, muzyka. Miejsce jest po prostu magiczne!

W Ubud miałam także olbrzymie szczęście, by spędzać wieczory popijając jaśminową herbatę w ślicznym balijskim ogrodzie w towarzystwie przypadkiem poznanej dziewczyny z Polski, Eweliny,

I tu znowu okazało się, że świat jest bardzo mały i wszędzie można wpaść na bratnią duszę 🙂

 

SONY DSC
tarasy ryżowe Tegalalang
SONY DSC
święty posąg w domowym ogrodzie

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSC
Ubud Palace
SONY DSC
SONY DSC

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSC
Wodospad Aling Aling

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

 


Każde miejsce, które odwiedzam jest pełne wad i zalet, jednak najczęściej przymykam oko na te negatywne aspekty, cieszą się z możliwości bycia tu i teraz i zobaczenia czegoś nowego. Z Bali mam jednak wielki problem, bo mimo, że wyjechałam z wyspy bardziej zmęczona niż mogłabym sobie wyobrazić („jestem pieniądzem”), to trudno nie dostrzec też wielu fajnych wymiarów życia w tym miejscu.

Podczas roku od powrotu z Azji dużo się we mnie zmieniło i obecnie jestem zafascynowana możliwościami, jakie daje życie cyfrowego nomady. A to sprawia, że jestem pewna, że nie wrócę nigdy na Bali jako podróżnik i eksplorator z plecakiem, ale jeśli będę w okolicy i będę musiała osiąść a chwilę, popracować nad projektem, by zarobić na dalszą podróż, to są duże szanse, że wybiorę tą destynację. A dlaczego?

Bo oprócz całej masy turystów i specyficznego traktowania „obcych” przez tutejszych, Bali ma w sobie dużo uroku. Jedzenie jest pyszne, infrastruktura dobrze rozwinięta (można narzekać na publiczny transport autobusowy po wyspie) oraz jest to pierwsze miejsce w całej SEA, gdzie zachwycił mnie poziom obiektów noclegowych. Lubię też tutejsze dbanie o estetykę i kompozycję zabudowy z otoczeniem naturalnym (piszę jako kulturoznawca) i ciepło samych Balijczyków (gdy już przełamie się pierwsze lody). Bardzo żałuję, że nie mogłam odwiedzić tego miejsca 10-20 lat temu – jestem pewna, że można było się tu poczuć jak w prawdziwie egzotycznym raju.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s