Indonezja. Odcinek 17: Jawa. Jak straciłam komputer, zyskałam 350 tyś. IDR i przypadkiem zostałam idolką licealistek.

Wyjazd z początkowo znienawidzonej przeze mnie Sumatry do łatwych nie należał. Do końca nie mogłam się zdecydować, czy zostać czy jechać dalej. Podjęłam jednak męską decyzję i kupiłam bilet na samolot do Yogyakarty, przez Jakartę, w której nie planowałam się zatrzymywać.

By dotrzeć na lotnisko musiałam najpierw przejechać 5 godzin minivanem na lotnisko Padang, w którym zamiast 5 osób, było nas 7. Oczywiście, kierowca próbował mnie przekonać o konieczności dopłaty 150 tyś. IDN za …bagaż. Przyzwyczajona już do podobnych zagrywek w Azji, stanowczo odburknęłam, że bagaż był zawarty w cenie biletu. W minivanie było okropnie zimno, a z głośników jak zwykle w Indonezji leciało głośne techno. Współpasażerowie – 5 facetów – namiętnie częstowałi mnie miętówkami zapewniając przy tym o swojej miłości do mnie i braku żony albo zgody żony na kolejną żonę….

Na lotnisku okazało się, że lot do Medan jest opóźniony. Istniało więc spore ryzyko, że spóźnię się na kolejny samolot do Jakarty, który miał odlecieć niecałe 1,5 godziny po przelocie pierwszego. Gdy już podchodziliśmy do lądowania byłam wręcz przerażona, że nie to się nie uda – zegar pokazywał 30 min do odlotu.. Wtedy też sobie przypomniałam o 1godzinnej różnicy czasu i tym, że nie mam przestawionego zegarka. Na samolot do Jakarty zdążyłam więc bez większych problemów i czekała mnie już tylko dość komfortowa noc przespana na lotnisku.

Rano, po kolejnej odprawie okazało się, że lot do Yogyakarty także jest opóźniony – najpierw o 30 minut, potem o 1,5 godziny, a ostatecznie o 3,5 godziny… Zmęczona i trochę przewiana klęłam pod nosem, ale tanie lotnicze Air Asia dość pozytywnie mnie zaskoczyły. Wszyscy pokrzywdzeni pasażerowie otrzymali od obsługi boxy śniadaniowe oraz weksle o wartości 350 tyś. IDR do wymiany na gotówkę w dowolnej kasie indonezyjskiego banku. W ogólnym rozrachunku pomyślałam więc, że warto było być cierpliwym – Za bilet zapłaciłam 420 tyś. IDN, a skoro AirAsia oddało mi 350 tyś, to znaczy, że mam bilet prawie za darmo.

Lot do Yogyi minął szybko, może dlatego, że obok mnie siedziało bardzo sympatyczne małżeństwo prawników. Pani żona, matka 3jki dzieci, z której najstarszy – syn – jest w moim wieku, bardzo się zmartwiła, że podróżuję sama i nie wiem, w jakim hotelu się zatrzymam. Za wszelką cenę próbowała mnie namówić, bym się zatrzymała w miejscu poleconym przez nią i męża, ale grzecznie odmówiłam. Potem próbowała mnie jeszcze namówić, bym pozwoliła sobie zapłacić za taxówkę do centrum miasta, ale ponownie z uśmiechem powiedziałam „nie”. Nie chodzi tu o dumę a odpowiedzialne podróżowanie – z jednej strony nienawidzę lokalsów traktujących białych jak chodzące bankomaty, zawyżających ceny i wciskających scam. Z drugiej strony mam olbrzymią alergię na turystów, którzy przyjeżdżają do biedniejszych krajów i chełpią się tym, że dostają wszystko za darmo albo udało ktoś z lokalsów został ich sponsorem…

Po wyjściu z małego lotniska udałam się prosto w kierunku publicznych autobusów (kursują 2 linie, naprzemiennie, a bilety są śmiesznie tanie), w celu dotarcia do centrum miasta. System zakupu biletów jest dość interesujący: wchodzisz do butki zbudowanej kolo stanowiska autobusowego, pan drukuje Ci bilet, bilet kasujesz, dopiero wtedy barierka przepuszcza Cię do wnętrza małej budki, drugi pan sprawdza Ci bilet, w środku ustawiasz się blisko drzwi, a następnie czekasz na moment, aż autobus podjedzie,wszyscy chętni wysiądą i możesz wejść do środka. A tam znowu – pan lub pani konduktorka sprawdzają Twój bilet i wykrzykują każdą kolejną nazwę przystanku, gdy autobus zbliża się do celu.

Po około 30 minutach jazdy dotarłam do Malioboro Street, najbardziej turystycznej ulicy Yogji i skręciłam w wąską alejkę szukając noclegów w rejonie ulicy Sosrowijayan. Dość długo kluczyłam po alejkach, bo wszystko było za drogie. Stanowczo ignorowałam nawoływania naciągaczy, którzy jak zwykle chcieli zaoferować mi wszystko, co potrzebuję po najlepszej cenie w mieście. W końcu jednak zaufałam jednemu kierowcy, któremu dobrze patrzyło z oczu i dałam się zaprowadzić (a nie zawieźć!) do kameralnego guest house’a z tanimi pokojami i całkiem dobrym standardem.

Po wejściu do pokoju uznałam, że jestem całkiem zadowolona i postanowiłam się wypakować… Wtedy odkryłam, że…

Mój komputer, który na odcinku Jakarta-Yogyakarta był schowany w plecaku i nadany jako bagaż rejestrowany…

Odszedł w komputerowe zaświaty.

Obsługa lotniska musiała mocno trzasnąć plecakiem podczas ładunku/ wyładunku bagaży, przez co łączenie między klapą ekranu z resztą laptopa pękło i komputer nie chciał się włączyć. Jedyne, na co było go stać to ciche i smutne piszczenie…

Bez komputera, z przedpotopowym telefonem czułam, że dalsza podróż może być bardziej, niż trudna…. Wtedy przypomniałam sobie, że na dodatek jest piątek, 13stego i dodałam sobie stosowne, wyimaginowane wytłumaczenie wszystkiego. Czy jednak można podróżować dalej na freestylu bez dostępu do wyszukiwarki i dogrodziejstw Internetu? No przecież!

Już od pierwszego wyjścia na ulicę, poczułam do Yogyi dużo większą sympatię niż do wszystkich miast, które odwiedziłam na Sumatrze. Pomijając masy turystów i stale śledzących mnie pracowników różnych agencji, czułam się tam całkiem dobrze i nawet moje trochę złamane serce postanowiło nie zmuszać mnie do wylewania kolejnych mórz łez po rozstaniu z towarzyszem podróży, a raczej skierować emocje w stronę radości z odkrywania nowych rzeczy.

Poszłam więc obejrzeć wszystkie lokalne atrakcje, których – jak mam być szczera – nie jest wiele. Pałac Sułtana nie zachwycił mnie ani trochę, kilka pomników znajdujących się w różnych częściach miasta też nie. Muzea z zasady omijam łukiem. Za to jedzenie na Jawie podbiło moje serce po raz kolejny w Indonezji. Uwielbiam street food, niesamowicie cieszy mnie jedzenie z liścia bananowca, a już jedzenie smażonych jackfruitów z ryżem i smażoną soją to hit totalny. Jak się doda do tego trochę jawajskiej odmiany czerwonej pasty z chilli – sambal – która tutaj wzbogacona jest mocną nutą kolendry i limonki – można zaprzestać innych czynności, a tylko siedzieć i jeść. Tym bardziej, że na targu w sercu Yogji jest mnóstwo świetnych bazarków i stoisk ze świeżym jedzonkiem. a ja lokalne jedzenie w towarzystwie lokalsów bardzo, bardzo lubię!

W mojej dzielnicy, czyli tej bardziej turystycznej jest wiele sklepów z tekstyliami o odgórnie ustalonych cenach, co mnie ucieszyło, bo szczerze – nienawidzę się targować. Zrobiłam więc drobne zakupy ubraniowe (już po 2ch tygodniach wyprawy do Azji zrozumiałam, że rzeczy, które spakowałam wcale nie były najlepszym wyborem), przeszłam też przez wszystkie stragany na bocznych alejkach, próbując kolejnych specjałów kuchni oraz zbierając masę uśmiechów od ludzi.

Yogyakartę postanowiłam przeżyć leniwie, bo poprzednie tygodnie podróży były bardzo intensywne i dały mi w kość – nie tylko psychicznie (co opisuję we wpisach o Sumatrze tu i tu), ale i fizycznie. Podczas przymierzania ubrań w sklepie po raz pierwszy od dawna mogłam spojrzeć na siebie jako całość w dużym lustrze i dostrzegłam, że sporo schudłam (co wcale mi nie przeszkadzało). Udało mi się wbić w spodnie o 2 rozmiary mniejsze niż zwykle, przez co radość miałam wielką, ale też zrozumiałam skąd się biorą coraz silniejsze bóle głowy i mięśni, które towarzyszyły mi od pewnego czasu.

Mój plan na kolejne dni w Yogyi sprowadzał się do 3 aktywności: odwiedzenia 2 słynnych zabytkowych świątyń: Borobudur i Prambanan oraz wycieczki nad ocean, by wyleżeć stare kości na plaży.

Co do samych wizyt w świątyniach, tutaj uczucia mam mocno mieszane. Bilet wstępu do obu kompleksów kosztuje dla białasa około 27 dolarów, przy czym dla Indonezyjczyków jest to koszt około 2 USD. Przymknąć można na to oko, bo jako białas nie musisz przynajmniej stać w zbiorczej kolejce – obowiązuje Cię osobne wejście, gdzie na Ciebie dmuchają, chuchają, częstują wodą i próbują wcisnąć wszelkie możliwe usługi dodatkowe, jak na dworcach. Problem jednak polega na tym, co dalej. Bo według mnie, ani Borobudur ani Prambanan nie zwalają z nóg. Ok, jest to ciekawe, jest to zabytkowe, jest to nawet na listę UNESCO wpisane, ale gdy trafiasz na teren świątyń, gdzie więcej obiektów jest zabezpieczona siatkami i poddawana renowacji, niż możesz obejrzeć, to trochę smutno. Zwłaszcza, gdy te 2-3 atrakcje są obsadzone turystami jak świeże owoce przez mrówki owocówki. Gdy przekalkulujesz cenę biletu wstępu – który dla mnie był sporym wydatkiem na tym etapie podróży – a same wrażenia wyniesione z tego miejsca, to wychodzi na to, że chyba nie było warto.

I żeby było jasne, nie marudzę tutaj jak typowa turystka, która spodziewała się nie wiadomo czego, a w zamian otrzymała jakieś resztki i jest rozczarowana. Studia skończyłam na kierunku Kulturoznawstwo i z takimi historiami miałam w życiu już sporo do czynienia, więc staram się obiektywnie ocenić jakoś atrakcji, analizując różne czynniki.

Ale nie tym miała być mowa. W obu kompleksach świątyń można zauważyć ciekawy trend – Indonezyjczycy bardzo chętnie polują na obcokrajowców i nakłaniają ich do zrobienia sobie wspólnych zdjęć czy pogawędek po angielsku. Po wielu tygodniach w Azji nie robiło to już na mnie wrażenia – pokornie ustawiałam się do fot, obejmowałam obcych ludzi, czasem trzymałam jakieś dziecko, czasem ktoś ustawiał mi twarz do zdjęć, by pasowała do kompozycji. Z osobami chcącymi ćwiczyć swój angielski także stykałam się czy w Bangkoku, czy Malezji. Ale tutaj po raz pierwszy w historii zauważyłam polowania przeprowadzane przez całe grupy szkolne, wyposażone w arkusze pytań, dyktafony, kamery, smartfony… Dość szybko zostałam złapana przez uczennice żeńskiej szkoły, które bardzo ładnie prosiły, by zgodziła się wziąć udział w wywiadzie.

No i zgodziłam się. Deklarowany szybki, 5 minutowy wywiad przeciągnął się w prawie godzinne maglowanie – dziewczyny pytały dosłownie o wszystko, czasami bardzo ciesząc się z moich odpowiedzi, a czasem będąc mocno skołowanym. Pierogi ruskie na obiad? No ale jak? PANI NIE MA MĘŻA? przecież Pani jest już stara! I takie tam.

Wywiad ciągnął się i ciągnął. W drugiej połowie do dziewczyn dołączył kamerzysta i pani nauczycielka, byłam więc już nie tylko nagrywana, ale i filmowana. Zaproszenia na kawy, herbaty, odwiedziny sypały się masowo podobnie jak prośby o numer telefonu i adres email. Dziewczyny były bardzo, bardzo miłe, ale powoli miałam już dość i niecierpliwie wyczekiwałam końca, którego nie było widać. Gdy w końcu odpowiedziałam na ostatnie pytanie, podałam ostatniej dziewczynie rękę i nauczyłam się z 10 nowych indonezyjskich zwrotów, przyszedł czas na ponowne podziękowania i pożegnania, które trwały prawie tyle, co sam wywiad. Dziewczyny postanowiły wręczyć mi mały prezent, który trochę stopił moje serce – była to paczuszka zawierająca samodzielnie zapakowane próbki przypraw i składników charakterystycznych dla Jawy. Była tam więc m.in. pyszna zielona herbata jaśminowa, ziarna kawy, sos sambal i inne. Wzruszona, po raz ostatni wyściskałam dziewczyny i wróciłam do Yogyakarty.

Wtedy już wiedziałam, że mimo wewnętrznej walki, gościnność i sympatyczność większości Indonezyjczyków przeważają i warto odwiedzić kolejną wyspę – Bali. Po powrocie kupiłam bilet na autobus do Danpasar (zapowiadane 17 godzin jazdy) i spędziłam wieczór zwiedzając dalej miasto.

Następnego dnia wybrałam się na plażę, czyli jakieś 30 km od Yogyi. Dojazd nie był trudny – wystarczyło przesiąść się ze 3 razy i przejść ze 100 metrów na plażę Pantai Baru. To miejsce jest idealne dla surferów, których tutaj nie było, a co mnie trochę zdziwiło. wyjaśnienie może być jednak proste – lokalosi nie szczególnie przepadają za sportami wodnymi, a oprócz mnie widziałam może ze 3ch turystów. Jako biała po raz kolejny spotkałam się ze sporym zainteresowaniem ze strony Indonezyjczyków – co 2 metry musiałam ustawiać się do zdjęć i odsyłać uśmiechy mijanym osobom. Powoli zmęczona takim stanem rzeczy, poszłam kilka kilometrów wzdłuż plaży pod klify, gdzie nie było wielu ludzi. Stamtąd mogłam obserwować olbrzymie, kilkudziesięciometrowe fale rozbijające się do skały oraz ubrane po czubki głowy kobiety, które zażywały kąpieli wodnych. Gdy już byłam pewna, że odnalazłam trochę spokoju, życie jak zwykle pokazało, że jest przewrotne. Otóż, dorożki, które zabierały ludzi na wycieczki wzdłuż plaży, początkowo zatrzymujące się jakieś 2 km ode mnie, postanowiły wydłużyć swoją trasę. Tym samym, co chwilę przebiegały koło mnie konie z karocą, które przystawały kilka metrów dalej, by osoby z karocy mogły… zrobić mi zdjęcie i jechać dalej.

Taki los lokalnego celebryty.

 

SONY DSC
Borobudur
SONY DSC
Borobudur
SONY DSC
Borobudur
SONY DSC
Prambanan
SONY DSC
Prambanan
SONY DSC
Prambanan
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Prambanan
SONY DSC
Prambanan
SONY DSC
Pałac Sułtana
SONY DSC
Jawajski prezencik
SONY DSC
Klify koło Yogyi
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s