Indonezja. Odcinek 15-16: Sumatra. Kontrasty – od niechęci po obietnicę powrotu.

Dalsza podróż po Sumatrze to chyba najbardziej osobisty i pełen przygód czas w Azji. Związany był przede wszystkim z przekraczaniem granic, łamaniem stereotypów i próbie zrozumienia, czym właściwie jest ta podróż oraz dlaczego warto nadawać jej nie tylko sens, ale kształt – najlepszy i najbardziej zbliżony do własnych potrzeb i oczekiwań.

Plany to jedno, ale scenariusze narzucane nam przez życie – samo w sobie – mogą nas zaskoczyć czasem bardziej, niż byśmy tego oczekiwali. Reakcje na bodźce, własne słabości, przekonania – wszystko ulega weryfikacji, wszystko ma znaczenie i wpływ na to, co dzieje się dalej.

Odcinek 15: Jezioro Maninjau

Wyruszenia w dalsza drogę z bezpiecznej przystani, jaką stała się dla mnie wyspa Samosir było przeżyciem większym, niż myślałam. Po wejściu na pokład łodzi, którą miałam dotrzeć na brzeg, emocje znowu wzięły górę. „Nie dam rady, nie poradzę sobie!” – myślałam nerwowo, popłakując przy tym trochę. Mój ogólny stan poprawia trochę 5 kilometrowa przebieżka na dworzec w Parapat, gdzie chciałam złapać autobus do Bukittinggi. Zgubiłam kilka razy drogę, zaczęło padać, jak zwykle byłam zaczepiana przez każdego możliwego pana, rozwaliły mi się japonki – ogółem smutek i strach przekształciły się w rozzłoszczenie i rozgoryczenie. Gdy dotarłam na dworzec, znowu miałam powyżej uszu Indonezji.

Ale wtedy…

Wtedy weszłam do małego biura biletowego, a jego właściciel, niesamowicie przyjazny i sympatyczny staruszek obwieścił mi, że to ciekawy zbieg okoliczności, że akurat dzisiaj będę jechać autobusem do B. Zdziwiona zapytałam dlaczego. Wtedy się dowiedziałam, że będę jechać z parą Niemców oraz… Polakiem.

Moje oczy powiększyły się nagle 10krotnie….

– Ale jako to? Gdzie on jest?

– Siedzi przed wejściem.

Z prędkością światła, wybiegłam z budki. I tak, wtedy było już po mnie.

Poznałam o kilka lat starszego M., z którym ta podróż nabrała wielu nowych kolorów, chociaż trzeba przyznać, że nie zawsze intensywnych i ciepłych.

Po radosnym „dzień dobry” zjedliśmy obiad, poznaliśmy parę Niemców i pojechaliśmy razem do Bukittinggi, gdzie mieliśmy przenocować grupą w bardzo, ale to bardzo budżetowym guest housie prowadzonym przez starszego Niemca. Gdy po 17godzinach jazdy autobusem i wielu perypetiach związanych ze wsiadaniem i wysiadaniem kolejnych pasażerów, dotarliśmy na miejsce, zostaliśmy poinformowani, że w Indonezji jest długi weekend (przyjechaliśmy w piątek) z powodu święta narodowego. Dlasza częśc komunikatu zaserwowanego nam przez starszego Niemca też nie brzmiała optymistycznie – nie znajdziemy żadnego noclegu w promieniu 20km, możemy ewentualnie spać na ulicy – jak robią dziesiątki przyjezdnych w ten weekend osób. A jeśli to nam nie pasuje, to może nam polecić tani guest house nad położonym kilkadziesiąt kilometrów od Bukittinggi, jeziorem Maninjau.

Bez zastanowienia, wszyscy wsiedliśmy do busika, przemierzyliśmy słynną i niebezpieczną drogę ’44 zakrętów’ nad jezioro. W busie, gdzie miejsc było 8, jechaliśmy w jakieś 14 osób, co oznaczało dość zabawną atmosferę podczas szybkiego i odważnego wchodzenia na zakręty przez kierowcę. Po tej skocznej przejażdżce nie czułam już nic więcej, oprócz olbrzymiego zmęczenia. Choroba lokomocyjna wymęczyła natomiast  Sebastiana, Niemca, który przez kolejne 2 dni chodził biały jak ściana.

Na miejscu zastały nas kolejne 2 nieoczekiwane zwroty akcji:

1. w poleconym nam guest housie wpadliśmy na 3osobową ekipę, z którą M. wcześniej podróżował przez kilka dni.

2. Do wynajęcia zostały tylko 2 domki, co oznaczało, że musieliśmy je wynajmować w … parach.

Na wstępie – kilka słów wyjaśnienie. Raczej nie mam problemów z przebywaniem w towarzystwie obcych ludzi, nawet facetów. Mogę z nimi jeść, spać, jechać na ośle, gotować, obcinać włosy czy uprawiać ryż. Niestety, problem z tym najwyraźniej miała nasza koleżanka z Niemiec, dziewczyna Sebastiana, która aż do ostatniego dnia naszych wspólnych przygód, dość mocno i negatywnie podważała moją decyzję o spaniu w jednym, tak – JEDNYM – pokoju z obcym mężczyzną, zadając przy tym każdego poranka masę niestosownych pytań o to, co robiliśmy w nocy i dlaczego wyglądam jak zombie ziewając nawet po 4rtej kawie. Codziennie wystawiała tym samym moją cierpliwość i tolerancję na prawdziwą próbę i byłam bardzo, bardzo bliska powiedzenia jej „Fuck off”. Pierwsza zasada Agaty brzmi bowiem: nie mów do mnie z rana. Serio, serio. Każdy, kto mnie zna, wie, że rano podsuwa mi się wielki kubek kawy i czeka w spokoju, aż kofeina zacznie działać. Druga zasada, która w sumie jest na równi z pierwszą, brzmi: nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy.

Dbając jednak o dobrą atmosferę w grupie, każdego ranka zagryzłam zęby, bo uznałam, że szkoda nerwów – tym bardziej, że M. polubił naszych Niemców dużo bardziej niż. Na kolejne i kolejne pytania o to, czemu jestem tak niewyspana, codziennie ucinałam stanowczo, że mój współlokator chrapie (co zresztą, było bardziej niż bym chciała prawdą i sprawiało, że każda kolejna noc była ciekawsza i bogatsza w życiowe przemyślenia).

Wracając jednak do meritum. Czas nad Maninjau był spędzony bardzo efektywnie i aktywnie. Pierwszego wieczoru zjedliśmy wszyscy razem: ja, M., para z Niemiec, znajomi M. z Australii i Holandii, przypadkowa para Brytyjczyków i paru lokalsów, kolację (grillowane ryby łowione z jeziora), a rano M. postanowił wynająć skuter i objechać okolicę. No i zaprosił mnie na wycieczkę, sama w sumie nie wiem po co, bo pożytek jako kierowcy ze mnie żaden, nawigatorem też jestem tragicznym, a po nieprzespanych kilku nocach komunikatywna też zbytnio nie byłam.

W tym miejscu warto dodać, że jako osoba kompletnie nieogarniająca jednośladów, musiałam ponownie zaufać obcej osobie, która w dodatku nigdy w życiu nie jechała na skuterze z pasażerem. Lokalosi i para Niemców patrzyli wątpliwie na to, jak M. nadjeżdża skuterem i podaje mi kask, zadając przy tym setki pytań, czy jestem pewna, że chcę z M. jechać, czy mam ubezpieczenia, czy mu ufam.

Bla bla bla.

W pewnym momencie wzruszyłam ramionami i głośno oznajmiłam, że skoro zamieszkałam z nim z jednym pokoju to znaczy, że mu ufam. Bardziej już się chyba ufać obcej osobie nie da. Dla mnie to proste – jeśli przez cały czas nie doświadczyłam ani przez sekundę żadnych negatywnych emocji i zagrożenia, to nie mogę bać się innych rzeczy. Tym bardziej, że w Indonezji większość wypadków odbywa się z powodu innych członków ruchu drogowego niż umiejętności poszkodowanego kierowcy.

Razem z M. spędziliśmy cały dzień na wycieczce skuterowej wokół jeziora. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przez 90% czasu padało, co zmuszało nas do postojów co kilkaset metrów. Co było fantastyczne samo w sobie, bo nie tylko poznaliśmy mnóstwo przyjaznych i ciekawych nas mieszkańców wiosek nad jeziorem, ale mieliśmy także szansę uczestniczyć przez chwilę w 2ch ślubach zawieranych wg głównej religii Indonezji, spróbować regionalnych specjałów oraz odkryć mnóstwo miejsc, których normalnie byśmy nie zobaczyli! Szukając pożywienia byliśmy nawet na kilka minut na pikniku nad rzeką (gdzie dziewczyny ze szkoły średniej obsiadły nas jak muchy), a także w restauracji z widokiem na miejsce połowu ryb, gdzie jedzenie było okropne, ale zapierająca dech w piersiach panorama jeziora i prace poławiacze ryb, wynagrodziły mi smak i wątpliwą świeżość potraw po stokroć.

Z socjologicznego i kulturowego punktu widzenia, zauważyliśmy wspólnie, ze w każdej odwiedzonej przez nas z powodu deszczu knajpce, rozmowa przebiegała wg określonego schematu:

  • Wiek.
  • Pochodzenie.
  • Dzieci.
  • Religia.
  • Czy to Twój mąż?

To ostatnie, jak można się domyślać, było kierowane głównie do mnie. Przez kolejne dni naszych wspólnych podróży, spotykałam się z tymi pytaniami tak często, że dla świętego spokoju, na ostatnie odpowiadałam „tak” 😉

SONY DSC
Zachód słońca nad Maninjau
SONY DSC
Panorama widziana z knajpy na wzniesieniu
SONY DSC
połacie zieleni
SONY DSC
pola ryżowe
SONY DSC
najbogatszy dom w okolicy – może sołtysa?
SONY DSC
meczet
SONY DSC
pola ryżowe
SONY DSC
przypadkiem znalezione urocze miejsce przy zakręcie drogi
SONY DSC
meczet, jeszcze inny
SONY DSC
meczet z bliska
SONY DSC
kolory!
SONY DSC
wioska nad jeziorem Maninjau

 

Odcinek 16: Region Bukittinnggi

Następnego dnia razem z Niemcami udaliśmy się do Bukittinnggi, gdzie tym razem były dla nas miejsca w pensjonacie u Niemca (2 ultra tanie pokoje). Pokoje były na dachu, malutkie, z tradycyjną indonezyjską łazienką (brak bieżącej wody) oraz plastikowymi żaluzjami w oknie, przez które przez całą noc dobiegały nas głośne śpiewy z położonego nieopodal klubu karaoke. Po bardzo, bardzo intensywnych dniach i poprzednich dość głośnych nocach, byłam tak zmęczona, że kolejna, częściowo bezsenna noc dość mocno dała mi się we znaki (czytaj: poranne bez kija nie podchodź). Ale zanim w ogóle poszłam spać… Było tak:

Po dojeździe do Bukittinggii, złapaliśmy busa do miejscowości znanej z Kopi Luwak (kawy z odchodów dzikich kotów) oraz … raflezji. Poszliśmy zatem napić się kawy i szukać największego kwiatu na świecie, co było problematyczne, bo:

a) było już sporo po okresie kwitnięcia

b) ta część Sumatry słynie z codziennych ulewnych deszczów.

Co oznaczało, że udaliśmy się z lokalnym przewodnikiem na trekking przez pełną pijawek (nie nowość) dżunglę, która już po 10 minutach zamieniła się się w błotnistą i porywistą rzekę, z czym ja miałam największy problem (ślizgałam się, płynęłam z nurtem, w pewnym momencie ześlizgnęłam się ze zbocza w gęste krzaki i z trudem wyszłam). Padało niemiłosiernie. ale można byłoby to przeżyć, gdyby cel wędrówki był atrakcyjny. A NIE był. Znaleziona przez nas raflezja była stosunkowo mała – może z 50 cm średnicy, brzydka i od wody zmieniła swój kolor na bardziej niż obleśny i strukturę.

Popatrzyliśmy na nią może ze 30 sekund i wróciliśmy do wioski, gdzie rozczarowanie mieszało się z frustracją – przewodnik nie wspomniał słowem, że może nas złapać aż tak ostry deszcz (zapewniał, że nie będzie padać…), przez co cały wypad był raczej niebezpieczny. Do tego, zarówno my z M., jak i Niemcy, przemoczyliśmy sobie sporo sprzętu elektronicznego oraz padliśmy ofiarą krwiożerczych bestii… Czytaj: pijawek.

Po powrocie do Bukittinggi, razem z poznanym w hostelu chłopakiem poszliśmy zjeść kolację. W namiocie na środku ulicy dosiadł się do nas lokalny przewodnik, straszna gaduła, który zasypywał nas masą pytań, a także kazał odwiedzić siebie i jego konserwatywna matkę, mocno podkreślając przy tym, że dopiero po ślubie Niemców i ewentualnie moim z M., bo inaczej będzie skandal we wsi i jego matka straci szacunek wspólnoty.

Następnego dnia ruszyliśmy wszyscy razem na zwiedzanie miasteczka i najbliższej okolicy, stając się przy tym główna atrakcją turystyczną i fotograficzną 😉 Samo Bukittinggii nie zrobiło na nas większego wrażenia, ale tamtejsze jedzenie już tak.

Po pierwszej nocy z naszym przybytku nastawiliśmy się na błyskawiczną zmianę miejsca zamieszkania. Po przejściu kilku hotelu, znaleźliśmy bardzo tanie i wygodne pokoje w niewielkim hotelu. Niemiec nie był zadowolony z faktu, że opuszczamy jego guest house – odmówił nam pomocy przy zaplanowaniu wycieczki skuterem oraz wskazówek, co warto zobaczyć w okolicy. Dni upływały mnie i M. na dość spontanicznych wypadach skuterowych za miasto. Kierownik pojazdu, miał wyjątkowo przydatną umiejętność błądzenia wszędzie tam, gdzie można było znaleźć ciekawe miejsca. Udało nam się na przykład, zupełnie przypadkiem, zboczyć z drogi i zamiast do Harau Valley, dotrzeć do:

a)  punktu widokowego na cały rejon Bukittinggi – po drodze dowiedzieliśmy się też, że lokalna policja uważa za dużo ważniejsze zrobienie sobie zdjęcia z białymi, niż np. sprawdzenie dokumentów upoważniających do jazdy na skuterze, których oczywiście żadne z nas nie posiadało,

b) lokalnej fabryki kawy Kopi Kiniko, która słynie nie tylko z pysznych sumatrzańskich ziaren, ale także z wielkiego zaangażowania właścicieli w rozwój lokalnej społeczności i zapewnienie ludziom z wioski miejsc pracy. Jak sami przyznali, stać ich na modernizację obiektu, ale zachowując tradycyjne metody przetwarzania kawy, dają zatrudnienie prawie 20 osobom z okolicy (warto wspomnieć o olbrzymim bezrobociu na Sumatrze). Mieliśmy ogromne szczęście, bo sama właścicielka nie tylko opowiedziała nam o prawie 100 letniej historii tego miejsca i historii rodziny jej męża, który odziedziczył biznes, ale także oprowadziła nas po miejscach, które z reguły nie są udostępniane dla klientów. Firma nie tylko eksportuje bardzo duże ilości kawy do innych krajów Azji (zaopatruje się u nich, m.in. Malezja), ale także przyjmuje turystów na Work&Travel oraz rozmaite opcje wolontariatu. W tym celu wyremontowali i powierzyli wolontariuszom cały budynek.

c) pałac królewski w Pagaruyung, który zainteresował nas ciekawą architekturą oraz faktem, że był zamieszkiwany tylko przez kobiety i dzieci (chłopcy po 12 roku życia musieli emigrować do pałacu dla mężczyzn na drugim końcu miasta – sprytne, prawda?).

Po raz kolejny odkryliśmy także, że naszym wspólnym podróżom nieustannie towarzyszą 2 zjawiska – notoryczne opady nagłego, uporczywego deszczu, który zmuszał nas do ciągłych nieplanowanych postojów oraz ciągłe, niezahamowane uczucie głodu, co z kolei zmuszało nas (jakoś żadne nie marudziło…) do umilania sobie czasu oczekiwania na koniec opadów posiłkami, piciem kawy, przesłodzonej herbaty, znowu jedzeniem, potem jedzeniem deseru, przegryzkami i kolejnym posiłkiem (to ciągłe jedzenie wcale a wcale nie było niczym negatywnym – sumatrzańska kuchnia tego regionu bardzo mi posmakowała, a ciekawość przed kolejną potrawą o enigmatycznej nazwie była silniejsza niż wszelkie kurtuazje). Po raz enty także mieliśmy przyjemność wymiany niezliczonej ilości uśmiechów, uścisków dłoni, pozowania do zdjęć oraz spotkań z cudownymi ludźmi, którzy byli bardzo otwarci i dumni z zamieszkiwania tak pięknych terenów.

Mimo bardzo miłej, choć czasem też napiętej atmosfery, czas naszych wspólnych perypetii powoli zbliżał się ku końcowi. M. postanowił wykorzystać ostatnie dni w Indonezji na snorkeling, para z Niemiec chciała wyruszyć na Jawę, by zdobyć wulkan Bromo, a ja zwyczajnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.

Pierwszy raz w historii stanęłam przed poważnym dylematem – jaki kierunek nadać dalszej wędrówce? Czy powinnam zboczyć na trochę z pierwotnej trasy na rzecz obserwowania podwodnych rybek na małych wyspach koło Sumatry w towarzystwie M.? Czy też jechać dalej, szukając kolejnych przygód i ludzi, którzy być może będą uśmiechać się do mnie więcej, chrapać mniej i nie karmić mrówek ciastkami?

W tym wypadku Agata jako jednostka postanowiła jednak pozostać sobą, zostawić szczątkowo zbudowane poczucie bezpieczeństwa, spokoju i komfortu braku konieczności prowadzenia niepotrzebnych rozmów w miejscach i momentach, gdy było to zbyteczne i jechać dalej.

Na Jawę. Do jej kulturalnej stolicy na zachodzie wyspy, Yogyakarty. Do teraz nie wiem, czy była to słuszna decyzja. Czy straciłam więcej niż zyskałam?

Jednak zanim to nastąpiło, spędziliśmy ze sobą pożegnalny wieczór, podczas którego znowu odkryliśmy, że wszyscy jesteśmy skrajnie różni, ale niezależnie od pochodzenia czy miejsca zamieszkania, śmiejemy się z podobnych rzeczy: przez prawie 2 godziny, włócząc się w skrajnym deszczu po Bukittinggi, chłopakom udało się w końcu dostać magiczny koktajl, który według zapewnień lokalsów, papierowego przewodnika należącego do Niemców oraz Internetu, miał dawać mężczyznom olbrzymią siłę, wigor oraz … działać jak afrodyzjak.

PODOBNO.

PODOBNO nie podziałał on na moich kompanów albo raczej podziałał, ale nie tak jak miał w założeniu. Mój współlokator, który po wypiciu trunku dopiero nad ranem wrócił do pokoju przyznał, że nie było tak, jak myślałam. Wcale przez całą noc nie eksplorował lokalnych piękności.

Poznawał za to z bliska uroki tradycyjnej, mało urokliwej, indonezyjskiej toalety i wszystkie zakątki własnego układu pokarmowego.

 

SONY DSC
Czasem słońce, czasem deszcz
SONY DSC
Dżunga wszędzie
SONY DSC
pola ryżowe
SONY DSC
Pałac królów, a raczej pomieszczenia gospodarcze
SONY DSC
Widok z pięterka
SONY DSC
Pałac Królów – dość popularne miejsce wśród turystów
SONY DSC
sumatrzańska kawa, tradycyjnie gotowana chwilę na ogniu i mieszana laską cynamonu
SONY DSC
lokalna fabryka kawy
SONY DSC
lokalna fabryka kawy – dział smażenia bananów na deser
SONY DSC
punkt widokowy
SONY DSC
Sumatra!
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
lokalne atrakcje dla dzieci – piłka i dwóch białasów, którzy udawali, że potrafią grać, a koniec końców dostali czerwoną kartę od dzieciaków ze względu na… nie-muzułmańskie wyznanie
SONY DSC
Bukittinggi widziane z dachu
SONY DSC
tradycyjna wioska
SONY DSC
Raflezja, największy kwiat na świecie. Ten nie był największy ani nazbyt wyraźny 😉
SONY DSC
lokalne rolnictwo
SONY DSC
ryż! 5 x dziennie
SONY DSC
Sumatra
SONY DSC
Sumatra – uprawa ryżu
SONY DSC
ryż
SONY DSC
lokalna fabryka kawy, dział opakowań
SONY DSC
Sumatra
SONY DSC
Bukittinggi chwilę przed burzą
SONY DSC
lokalna wioska

 

I na zakończenie, to co zostało najlepszego po znajomości z M. – kawał dobrego amerykańsko-ukraińskiego gypsy punk rocka:

Reklamy

One Comment Add yours

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s