Indonezja. Odcinek 13-14: Sumatra. Najgorsze dni podczas podróży po Azji.

Czasami jest tak, że analizujesz wiele różnych opcji i wybierasz rozwiązanie najbardziej w danym momencie racjonalne. I bardzo często okazuje się, że wcale nie jest tak różowo, jak myślałeś, że będzie i w końcowym rozrachunku twój wybór jest najgorszym możliwych. I tak było tym razem, ale jak to w życiu – czasem słońce, czasem deszcz.

A było tak:

„Chcę płynąc na Borneo! Chcę śledzić orangutany, chcę podróżować po wyspie bez dróg, przedzierać się przez puszczę! Jeść banany, walczyć z pijawkami i mieć własną maczetę!”.

„Kurcze, fajnie by było zobaczyć to najgłębsze jezioro w tej części świata i odwiedzić Bataków. Ten Rosjanin z hostelu w Kuala Lumpur tak ładnie o tym opowiadał…”.

„Najlepiej by było zobaczyć obie wyspy! A do tego Jawę i Bali. A może Sulawesi?”

„O jeju jeju, czarodzieju!, ruszam na Sumatrę, a stamtąd na Borneo. A potem popłynę na Jawę, a z Jawy na Bali. A potem się zobaczy!”.

Człowiek często sobie siedzi i tak myśli. A w rzeczywistości, wychodzi jak w brazylijskiej telenoweli albo milionowym odcinku „Mody na Sukces”.

Tudzież tak:

Singapur posiada jeden z największych portów wodnych w całej Azji Południowo-Wschodniej. Trudno jednak znaleźć gdziekolwiek konkretne informacje na temat promów płynących na większe indonezyjskie wyspy, jak Sumatra czy Jawa. Mnie się to osobiście nie udało – wszystkie wyniki internetowe wskazywały na rozmaite połączenia z wyspami Riau, natomiast o reszcie – nic. Co to oznacza w praktyce? Otóż to, że biorąc pod uwagę pieniądze błyskawicznie znikające z mojego portfela w niesamowitym i bardzo drogim Singapurze, nie myśląc za dużo, uznałam, że mam tylko jedno wyjście: udać się na indonezyjską wyspę Batam (archipelag Riau), a tam złapać prom na Sumatrę.

I tutaj popełniłam błąd, ale o tym dowiedziałam się później.

Moja podróż po Indonezji składała się z 10 odcinków, a każdy z nich pełen był przygód, adrenaliny oraz przekraczaniu kolejnych granic (metaforycznie, osobiście i realnie). Dwa pierwsze opiszę tutaj:

Odcinek 13: Batam i przeprawa do Medan

Najtrudniejszy, najbardziej nerwowy, płaczliwy i nużący odcinek mojej podróży po SEA. Pierwsze dni w skrajnie muzułmańskim otoczeniu, wszechobecna bieda, brud, naganiacze, wszystko to wywołało olbrzymią falę niechęci do Indonezji i Sumatry w szczególności). Jedyne chwile w czasie całej mojej podróży po Azji, gdy realnie myślałam o zabookowaniu lotu gdziekolwiek indziej.

Powodów było przynajmniej kilka:

  1. Po dopłynięciu na wyspę Batam, było już tak późno, że zależało mi tylko na sprawdzeniu, o której odpływa jakakolwiek łódź na Sumatrę i znalezienie noclegu niedaleko portu. Niestety, najpierw zostałam zatrzymana przez celnika, który usłyszawszy o moich planach podróży po tak wielkim kraju, za wszelką cenę chciał mnie nakłonić do rezygnacji z 30 dniowej bezpłatnej wizy i zakupu 2 miesięcznej, o wartości kilkudziesięciu dolarów.
  2. Po wyjściu z terminala portowego zostałam napadnięta prze grupę bardzo, bardzo agresywnych naganiaczy, którzy oferowali mi wszystko, od biletów na łódź, przez wycieczki fakultatywne, po noclegi czy podwiezienie do centrum. Budynek portu, skąd odpływały łodzie na Sumatrę był nieczynny, a jedyne, czego się dowiedziałam od Panów oblegających mnie ściśle przez kolejne pół godziny, to to, że łodzie zaczynają kursować około 7mej. Ale skąd dokładnie? Za ile? Gdzie kupić bilet? Nothing.
  3. Nie mając przy sobie mapy wyspy, skręciłam w złą drogę i zamiast dotrzeć do guest house’u oddalonego o 2 km od portu, krążyłam przez prawie 2 godziny po zmierzchu po jakieś dziwnych ulicach, trafiając kolejno na opuszczony meczet, lokalną imprezę oraz zamknięty szpital.
  4. Jedyne zakwaterowanie, które znalazłam, było drogie i obskurnie brudne. Wybaczyłabym to, bo byłam okropnie zmęczona, gdyby nie fakt, że recepcjonista (pan grubo po 50tce, w lokalnym stroju), przydzielił mi pokój z niedziałającą łazienką, zepsutym zamkiem w drzwiach, podał złe hasło do WiFi, zaoferował „full body massage” (propozycje powielał jeszcze kilka razy drogą mailową) oraz przekazał ludziom z pobliskiej, mijanej przeze mnie wcześniej imprezowni, że przyjechała białaska. Efekt? Do północy przyjeżdżali pod me okna panowie na skuterach i krzyczeli zaproszenia na tańce, hulańce, swawole! Z nerwów i braku poczucia bezpieczeństwa, wierciłam się w łóżku całą noc, a rano zmęczona okrutnie wstała o 5tej, by dojść do portu.
  5. Podróż nowoczesną i okropnie zimną (klima!) łodzią do Dumai była bardzo ciekawym doświadczeniem kulturowym. Na statku byłam jedyną „obcokrajówką”, a główną grupę pasażerów stanowili konserwatywni muzułmanie, którzy regularnie odprawiali swe modły. Jako, że obsługa chciała mi dogodzić, to na ekranie TV wyświetlał się chyba jedyny film z napisami po angielsku – ponad 3godzinny melodramat o rozterkach moralnych mężczyzny, który chce mieć 2 żony, ale pierwsza żona się na to nie zgadza, więc on postanawia żyć w grzechu z drugą żoną, z którą płodzi syna. Prawda wychodzi na jaw, gdy mężczyzna na wypadek na skuterze (a to Ci dopiero nowość) i obie panie spotykają się w szpitalu. Niestety, nie pamiętam tytułu tego wciągającego utworu, ale oglądałam film z zaciekawieniem obserwując innych pasażerów. Często bowiem wybuchały śmiechy i sarkastyczne – jak mi się wydaje – dopowiedzi do kwestii wypowiadanych przez bohaterów.
  6. Gorzej zrobiło się po dopłynięciu do mariny – już przy wysiadaniu zostałam ostrzeżona przez 2 pracowników łodzi, bym na siebie uważała, bo w Dumai jest niebezpiecznie, a następnie powtórzył mi to… strażnik portowy. Po wyjściu z budynku zostałam napadnięta przez jeszcze większą, jeszcze bardziej agresywną i krzykliwą, niż w Batam, grupę naganiaczy, którzy siłą chcieli mnie zawieźć do centrum miasta. Po kilkunastominutowej próbie spławienia wszystkich, musiałam jednak spasować i przyjęłam opcję podwózki jednego z panów, który mówił bardzo dobrze po angielsku i zaoferował bardzo dobrą cenę. Niestety, jego motor był w stanie wiele pozostającym do życzenia. Nie dostałam kasku, a przez całą drogę na dworzec autobusowy byłam nachalnie nakłaniana do zostania w Dumai przez kilka dni („Mamy tu kilka dobrych hoteli!”, „Mogę Cię zawieźć wszędzie”). Największa i najmniej przyjemna niespodzianka nastąpiła, gdy dojechaliśmy na „dworzec” (czytaj: budę przy drodze na końcu miasta). Gdy próbowałam zapłacić facetowi ustaloną cenę, zaczął wymuszać, bym dodatkowo kupiła mu obiad i napój. A najlepiej zjadła z nim i poczekała na kolejny, nocny autobus. Wkurzona na maksa, spławiłam go przy użyciu kilku ostrych słów i wsiadłam do autobusu (czytaj: metalowej puszki bez drzwi, bez okien, z głośnym telewizorem, bez lusterek bocznych i części wyposażenia). Niestety, mój 20kg plecak musiałam zabrać na kolana – bagaże lokalsów oraz klatki z kurczakami miały priorytet w luku bagażowym.
  7. Podróż autobusem – jedno z najgorszych, ale jednocześnie najciekawszych doświadczeń kulturowych w historii wszystkich moich podróży. Autobus jechał 170 km przez 14 godzin, miał 3 kierowców, z czego 2ch przez całą drogę krzyczało przez brakujące drzwi do potencjalnych klientów, a w wolnych chwilach (czyli cały czas), wszyscy popalali lokalne, intensywne papierosy „Kretek”. Jako pasażerka siedząca w pierwszym rzędzie za kierowcami zastanawiałam się, czy może być gorzej. Było. Klima wysiadła po godzinie drogi, ale za to kierowcy postanowili uprzyjemnić pasażerom podróż i przez całą noc leciało lokalne disco polo (najgłośniej jak się da!). Do Medanu dotarłam jeszcze przed wschodem słońca i już powyżej uszu miałam Indonezji. Ale dalej było tylko gorzej.
  8. Po wysiadce poprosiłam pierwszego lepszego kierowcę, by zabrał mnie swoim tuktukiem do taniego hotelu (BUDGET, max 100 tyś. podkreślałam w rozmowie kilkanaście razy). Zostałam za to obwieziona po 4rech najdroższych hotelach w mieście i dopiero, gdy moja cierpliwość się skończyła, kierowca chyba obawiając się, że mu nie zapłacę, zawiózł mnie do taniego przybytku w centrum miasta. Zapłaciwszy za 1 noc 70 tyś, zadowolona z faktu, że w końcu pójdę spać, resztami sił zmusiłam się, by wejść na ostatnie piętro, gdzie znajdował się mój pokój. Chyba najgorszy i najgłośniejszy, w jakim kiedykolwiek spałam, ale nie marudząc, położyłam się grzecznie do łóżka mają z tyłu głowy myśl, że za 4 godziny muszę już być gotowa do dalszej drogi.
  9. Przespawszy może z godzinę, wstałam z okropnym bólem głowy, by wykąpać się w tradycyjnej indonezyjskiej łazience, tj. opłukać się plastikowym rondelkiem zimną wodą zgromadzoną w wysokiej bali. Po zejściu do recepcji uznałam, że ledwo żyję i może dobrze by było zostać w Medan chociaż ten jeden dzień… I zostałam, co było błędem, bo w Medan ani nie ma szczególnie co robić, ani nawet nie chce się nic robić.
  10. Wyjście do miasta oznaczało same problemy – masa ludzi żebrzących o pieniądze, problem z zakupem lokalnej karty SIM, jeszcze większy problem ze znalezieniem dworca w celu zakupu biletu do Parapat (miasteczko będące punktem wypadowym na wyspę Samosir). Ostatecznie dworca nie znalazłam, karty nie kupiłam, na mieście zostałam zaczepiona przez grupę głośnych mężczyzn, którzy przez megafon głośno coś do mnie krzyczeli wywołując tym samym salwy śmiechu u wszystkich przechodniów… Zła i zmarnowana wróciłam do hotelu. W jadłodalni hotelowej poznałam starszego (50 lat) Australijczyka, który od 20 lat przyjeżdża na Sumatrę i z którym umówiłam się wieczorem na symboliczną butelkę piwa. Symboliczną, bo w krajach islamskich ceny alkoholu są, jakie są. Wyszliśmy więc wieczorem do małego baru znajdującego się w guest housie niedaleko naszego hotelu. Niestety, Steve chyba miał problemy z alkoholem – po 5tym Bintangu zaczął zachowywać się bardzo namolnie, składając mi różne propozycje oraz głośno komentując wygląd innych osób znajdujących się w barze, co też spowodowało we mnie chęć ucieczki do pokoju w trybie ASAP. Na recepcji porozmawiałam sobie jeszcze z dziewczyną a propos życia młodzieży na Sumatrze (sex, drugs & rock’n’roll w świecie Islamu – czego się nie spodziewałam i podczas długich opisów stanu świadomości po zażyciu narkotyków na lokalnej dyskotece, szczęka opadała mi nisko…I jeszcze niżej…).
  11. Rano złapałam specyficzny lokalny bus jadący na dworzec. Jednak jako ostatnia pasażerka (i biały „bankomat”), zostałam zmuszona przez kierowce, by zapłacić podwójnie… Następnie zostałam kilka razy zapewniona o miłości kierowcy do mnie, który w pewnej chwili nawet zatrzasnął drzwi busika, uniemożliwiając mi wysiadkę… Jak już udało mi się wyjść, na szczęście zostałam od razu przechwycona przez kierowcę autobusu do Parapat, który sprzedał mi bilet po normalnej cenie – 40 tyś. (Brytyjczyk wsiadający kilka minut po mnie dostał cenę o 20 tyś. wyższą) i wskazał dość wygodne miejsce pod oknem. Pierwszy raz w życiu jechałam autobusem, który miał w rzędzie 5 miejsc, z czego 3 po prawej stronie i 2 po lewej. Co ciekawe, jeśli ktoś ma pieniądze i chce jechać komfortowo, może wykupić sobie wszystkie miejsca w rzędzie. Dla mnie to było jednak niemożliwe, więc przez kolejne kilka godzin przytulałam się do wymieniających się co chwilę pasażerów.

Odcinek 14: Jezioro Toba

  1. W Parapat dość szybko złapałam małą łódź płynącą na Samosir. Podróż urozmaicał mi syn właściciela łodzi, przesympatyczny 10latek – bardzo dobrze mówiący po angielsku, w koszulce z większą ilością dziur niż materiału. Niestety, przez moją nieuwagę, nie wysiadłam w odpowiednim miejscu, co oznaczało, że musiałam czekać, aż łódź zatrzyma się na wszystkich możliwych „przystankach” wokół wyspy i ponownie dobije do pierwszego. Spędziłam w ten sposób 1,5 godziny pływając w kółko i obserwując życia nabrzeżne.
  2. Na Samosir w pierwszej kolejności skierowałam się do znanego i poleconego mi przez Rosjanina spotkanego w Kuala Lumpur, guest house’u – Liberta Homestay. W Libercie nie tylko dostałam we władanie tylko dla siebie cały parter tradycyjnego lokalnego domu Bataków z bardzo dobrym dostępem do WiFi (70 tyś/ noc), to jeszcze poznałam całą rodzinę zarządzającą obiektem, zaprzyjaźniłam się z siostrzeńcem właściciela oraz… spotkałam zaprzyjaźnionego Nowozelandczyka, którego poznałam na tajlandzkiej wyspie Koh Chang! Z radości spowodowanej tym nieoczekiwany spotkaniem i ulgą po ostatnich beznadziejnych dniach, prawie się popłakałam przytulając się do jego wielkiej brody 🙂 🙂 🙂
  3. Miałam zamiar zostać na Samosir 2 dni, by pozwiedzać najważniejsze punkty, ale to miejsce tak działa na ludzi, że nie chce im się jechać dalej… Jak się okazało, Curtis mieszkał tam już 2 tygodnie. Ja, pierwszy raz czując się w tym kraju bezpieczna i szczęśliwa, postanowiłam odpocząć i zapomnieć trochę o nerwach. Długie rozmowy z Curtisem, rodziną właścicieli, dziewczyną z USA oraz chłopakiem z Niemiec, którzy byli w drodze od 3 lat, a także wieloma innymi, cudownymi ludźmi spowodowały, że zostałam na Samosir tydzień (wg mnie senny charakter wyspy jest też winą ciśnienia atmosferycznego, ale to tylko teoria), większość czasu spędzając na wypoczynku, lenistwie i spacerach do położonej nieopodal wioski Bataków.
  4. Batakowie, lokalna mniejszość etniczna z zapewnioną przez rząd Indonezji autonomią, to bardzo ciekawy lud. Ich rzemiosło w drewnie (maski, totemy, głowy byków), architektura, taniec pogrzebowy oraz charakterystyczny, „szczekoczący” język niesamowicie mnie wciągnęły! Wystarczy spojrzeć na kilka z poniższych zdjęć, by zrozumieć, co mam na myśli.
  5. Na Samosir jest kilka wiosek, zamieszkanych przez ludność rdzenną oraz obcokrajowców prowadzących tu biznesy (obiekty noclegowe i restauracje). Na wyspie nie ma publicznego transportu – jest jedna główna droga prowadząca naokoło wyspy, którą można przebyć na skuterze, samochodem, rowerem bądź pieszo (jak zwykle byłam jedyną osobą preferującą ostatnią formę transportu).
    Największe zabytki kulturalne tej wyspy to przede wszystkim oryginalne starodawne domostwa Bataków (wiele nowych domów powstaje wg tych samych zasad, ale brakuje im autentyczności), grobowce batu batu (charakterystyczne kamienne sarkofagi) oraz … kościół katolicki oraz protestancki, nadal czynnie działające na wyspie! W małych sklepikach czy na targach można kupić typowe turystyczne pamiątki, z czego najbardziej popularne są drewniane maski, biżuteria oraz ubrania z tkanin wyrabianych na wyspie.
    Jeżeli chodzi o zasoby naturalne, to oczywiście trzeba tu wspomnieć o tym, że Toba Lake jest jednym z najgłębszych jezior powulkanicznych na świecie. Na wyspie znajduje się także wodospad (byłam tam, gdy nie było w nim żadnej wody) oraz rozmaite gorące źródła. Dla lubiących adrenalinę – można przedrzeć się przez dżunglę aż na szczyt góry znajdującej się na wyspie, by stamtąd podziwiać okolicę. Ja jednak podziękowałam.
  6. Gdy po kilku dniach w Libercie zrozumiałam, że siostrzeniec właścicieli chyba lubi mnie bardziej, niż powinien, a Curtis nie planuje w najbliższym czasie jechać dalej (w trakcie wypadku na skuterze nabył 2 niepokojąco ropiejące rany, które chciał wygoić przed dalszą drogą), poczułam, że to właściwy moment, by znowu ruszyć na poszukiwanie przygód. Postanowiłam pojechać do ciekawej i polecanej przez wiele osób miejscowości, Bukittinnggi. I ten odcinek podróży, dla odmiany, był już pełen samych pozytywnych emocji (love is in the air!) i dobrych przygód.

Ale o tym….

W następnym wpisie!

 

SONY DSC

 

SONY DSCSONY DSC

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

PS.

Zdjęć z pierwszych dni podróży: Batam – Dumai – Medan nie posiadam.

Mój poziom zaufania do otoczenia był tak niski, że bałam się wyciągnąć aparat na ulicy. Serio, nie było kolorowo.

 

Reklamy

One Comment Add yours

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s