Singapur. Odcinek 12: Krocząca technologia i cudowny chłód techniki

By dostać się z Malezji do Singapuru, musiałam dość wcześnie rano zebrać swój dobytek i ruszyć na dworzec w Melace. A żeby tam dotrzeć, najpierw trzeba było złapać publiczny autobus, który według różnych ludzi, zatrzymuje się w różnych miejscach (oczywiście, wg taksówkarzy nie zatrzymuje się nigdzie  wcentrum i jedynym sposobem na dotarcie na dworzec jest skorzystanie z ich usług – ale to taki, chyba nie tylko azjatycki, standard). Po prawie godzinnym kluczeniu po mieście i milionie konsultacji z mieszkańcami, kłótni z 3ma taksówkarzami i paru innych przygodach, udało mi się w końcu namierzyć, tak zwany, przystanek. Autobus niespiesznie podjechał na niego po jakieś godzinie i w ten sposób, mimo, że wyruszyłam z hostelu dość wcześniej rano, na dworcu autobusowym wylądowałam koło południa. I to w dodatku dość mocno zdenerwowana, ponieważ jak się okazało, autobus jechał nie w kierunku dworca, ale w przeciwnym kierunku, co ozanaczało, ze przez ponad godzinę siedziałam w nim bezczynnie, czekając, aż dojedzie do ostatniego przystanku, a następnie zawróci we właściwym kierunku.

Gdy już dotarłam na dworzec i udałam się do kasy, czekała mnie kolejna niespodzianka. Bilety na wszystkie autobusy do Singapuru, odjeżdżające z częstotliwością co 30 minut, były wyprzedane. Udało mi się dostać bilet dopiero na kurs wieczorny, więc zostałam skazana na wielogodzinne koczowanie w poczekalni. Zrezygnowana, ruszyłam w poszukiwaniu jedzenia – trafiłam na całkiem niezły zielony biszkopt z kremem, zrobiłam zakupy i ostatecznie zajęłam swój kawałek podłogi w poczekalni, gdzie ku chwale niebiosom, był dostępny Internet!

Po kilku godzinach, znudzona do granic możliwości, w końcu wsiadłam do autobusu (odprawa przypominała samolotową). Przeczuwałam, że to będzie długa noc, ponieważ przekraczanie granicy lądowej między Malezją a Singpapurem oznacza zatrzymywanie sie w kilku miejscach, wyjście z autobusu, przejście przez masę kontroli, a następnie ponowne szukanie autobusu (który według regulaminu przewoźnika, po 20 minutach może odjechać bez Ciebie – kierowca tylko tyle czeka na osoby przekraczające granicę. Co jest dość absurdalne, zważywszy na wielkość kolejek do odprawy…). Przez złożoność tego procesu jest ona także trochę stresujący.

Gdy  już udało nam się – na szczęście w pełnym składzie –  wyruszyć, wszystko wskazywało na to, że w końcu uda mi się przespać troche. A tu kolejna niespodzianka – po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze kilka razy, a to w strefie bezcłowej, a to na jedną z trzech kolacji dla kierowców (w Azji to absolutny standard, autobus może mieć kilka godzin opóźnienia, ale to nie ma żadnego znaczenia w momencie, gdy kierowca jest głodny, spragniony, skończyły mu się papierosy albo musi skorzystać z WC czy po ludzku z kimś poroizmawiać) i do Singapuru dotarliśmy dopiero nad ranem.

Co warto wiedzieć, o przekraczaniu granicy? Sprawy formalne, czyli listę dokumentów oraz deklarację wyjazdu w Singapruu w określonym terminie zostawię do opisania innym. Dla mnie najciekawszy jest aspekt kontroli bagażu. Nigdzie, ale to nigdzie  w Azji nikt mnie nie prześwietlał tak, jak na tej granicy. Celnicy nie tylko przepchali mój bagaż przez rentgen kilkukrotnie, to jeszcze kazali wypakowywać wszystko i przez prawie 20minut zastanawiali się, co zrobić z nożem śniadaniowym, który posiadałam. Potem wyjątkowo długo studiowali podany przeze mnie powód wjazdu do kraju i to, ze nie planowałam w nim zostać dłużej, niż kilka dni (wiza dla Polaków jest przyznawana aż na 90 dni i jest bezpłatna, ale koszty życia w Singapurze sa na tyle wysokie, że mało kto korzysta z przywileju pozostania w nim przez cały ten okres). Gdy w końcu przybili mi pieczątkę, zaatakowała mnie jeszcze jedna pani z ochrony – tym razme chciała przeanalizowac mój bagaż podręczny. 3 razy pytała, czy palę, bo nie wolno wwozić papierosów i takie tam.

Przyznam szczerze, że mimo braku posiadania niedozwolonych przedmiotów, przekraczanie granic w krajach poza Europą zawsze mocno mnie stresuje. Może to kwestia naczytania sie historii o różnych dziwnych przypadkach, głownie na tajlandzkich przejściach granicznych, może inne rzeczy, ale bardzo nie lubię tych wszystkich kontroli. Tym razem było jednak warto się trochę pomęczyć i zestresować – Singapur jets po prostu niesamowity.

Ale po kolei.

Po dojechaniu na Dworzec i odnalezieniu się w setce platform i poziomów i zobaczenia większej ilości ludzi ubranych w stylu zachodnim (co trochę podniosło mnie na duchu), udało mi się znaleźć wejście do metra i dojechać na przystanek, gdzie znajdował się najtańszy hotel wg ofert znalezionych w Internecie. I tutaj dwie niespodzianki, 1. trudno było go znaleźć, bo na równoległych uliczkach znajdowało się kilka hoteli należących do tej samej marki, 2. jak już go znalazłam, to okazało się, że znajduję się w typowej dzielnicy czerwonych latarni. Co w praktyce oznaczało nie tylko klientelę spod ciemnej gwiazdy krążąca wszędzie naokoło i patrzącą się na mnie jak na świeży kawałek wołowiny, to jeszcze wszechobecność szerokiego przekroju prostytutek, sex shopów, domów uciech oraz całonocne głośne krzyki, śmiechy i wojny.

No matko, gdzie ja jestem?

Najtańszy hotel w Singauprze oznaczał cenowo coś zbliżonego do najtańszych hoteli w Londynie. Czyli drogo. Na miejscu okazało się, że jest jeszcze drożej, niż było napisane w Internecie, bo obowiązywała dopłata za obsługę (10 dolarów singpurskich!). Potem na dodatek zostałąm powiadomiona, że gdybym chciała przedłużyć pobyt, to każda kolejna noc będzie mnie kosztować prawie 2 razy więcej niż pierwsze. Głowa mi pękała od tego wszystkiego, dlatego postanwiłam najpierw się zameldować, a potem pomyśleć, co dalej.

Pokój okazał się bardzo komfortowy i bez zastanowienia mogę go nazwa utrzymanym w standardach europejskich. Było WiFi, była ciepła woda, był nawet telewizor, klimatyzacja, pachnąca pościel i ręczniki! Tylko widok na sex shopy był średni, ale co kto lubi.

Próbowałam chwilę się przespać, ale niestety dziewyczny z housekeepingu dość głośno wykonywały swoją pracę sprzątając pokoje obok i nie dane mi to było zmrużyć oka. Po zaledwie 2ch godzinach poszłam na metro, próbując się dostać do słynnych ogrodów Gardens by the Bay, których zobaczenie na żywo było moim marzeniem od dawna. Gdy po dwóch przesiadkach w metrze dotarałam na stację docelową i zaczęłam wyjeżdżać ruchomymi schodami z tunelu, moim oczom zaczynał się pokazywać słynny hotel Marina Bay. W tym momencie poczułam, że zaczynam szczerzyć się do siebie jak wariat 🙂 Całe zmęczenie, całe doświadczenie miesiąca w podróży, a zwłaszcza tych złych momentów poszło automatycznie w niepamięć. Poczułam niesamowitą radość, wdzięczność i dumę z samej siebie, że udało mi się tu dotrzeć, byłam w stanie zostawić tak wiele różnych spraw za sobą i ruszyć w nieznane.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

Gardens by the Bay i hotel Marina Bay są po prostu niesamowite i zachwycające. Mimo, że bilet wstępu do ogrodów botanicznych był okropnie drogi (mowa o bilecie pozwalającym na wejście na te przedziwne słupy, spacer podniebny oraz bilety na wystawy), zdecydowałam się zaszaleć i zobaczyć wszystko, co było do zobaczenia.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

Stacja widokowa na jednym ze ‚stojących kwiatów’, skąd rozpościera się widok na całe miasto była niestety mocno oblegana przez turystów, ale miałam szczęście i po kilkunastu minutach czekania, udało mi się wjechać windą na górę. Stamtąd odbyłam spacer podniebny do kolejnej stacji – wędrówka wiele metrów nad ziemią w tej futurystycznej scenerii to bardzo fajne doświadczenie.

W pawilonach wystawowych znajdujących się na terenie całego kompleksu, można zobaczyć niesamowite zbiorowisko roślin z całego świata i różnych stref klimatycznych. Mimo, że nie jestem fanką podobnych wystaw, tutaj bardzo mi się podobało. Duże wrażenie robiły także pokoje edukacyjne, w których można było zapoznać się z informacjami na temat aktualnej sytuacji klimatycznej w różnych częściach świata, zagrożenia płynące z cywilizacji (wpływ zaniesczyszczenia środowiska na zmiany klimatcyzne) czy też zobaczyc filmy na temat ekologii. Sam budynek wystawowy jest także bardzo atrakcyjny – nie tylko poprzez ciekawe rozwiązania architektoniczne, ale i widoki na panoramę miasta.

Prosto z Gardens by the Bay, czyli po dobrych kilku godzinach (a myślę, że można by tam siedzieć jeszcze dłuuuugo), poszłam na spacer wzdłuż rzeki, by dotrzeć do zabytkowej, kolonialnej części miasta. Na pierwszy rzut oka, Singapur jawi się jako nowoczesne miasto azjatyckie – i takie jest, dowody tego można znaleźć na każdym kroku – warto jednak nadmienić, że w przeszłości była to kolonia brytyjska, a ślady Brytyjczyków są łatwo zauważalne zwłaszcza w sferze architektonicznej zabytkowej części tego miasta.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

Dzielnica kolonialna jest tak właściwie centrum miasta. Można tam znaleźć nie tylko budynki rządowe, ale także słynne muzea (gdzie można zobaczyć wiele dzieł sztuki współczesnej, podczas mojej wizyty wystawiane były prace m.in. Andy’iego Warhola), kościół katolicki, galerie handlowe, banki, strzeliste wieżowce biznesowe, a także typowo turystyczne uliczki pełne restauracji serwujących świeże homary. Polecam to miejsce zwłaszcza zakupoholikom – na słynnym bulwarze Orchard Road można nabyć wiele ciekawych produktów i nie mam tu na myśli typowych turystycznych gadżetów i pamiątek, a masę nowoczesnych galerii handlowych z butikami światowej sławy projektantów i znanych marek, a także poukrywane przed oczami turystów olbrzymie food courty, do których można trafić śledząc lokalosów .

SONY DSC

Im dalej od centrum miasta, tym okolice bardziej przypominają odwiedzone przeze mnie wcześniej azjatyckie miasta. Tłumy ludzi na skuterach, małe sklepiki, charakterystyczna zabudowa, bary z jedzeniem. Ze względu na liczbą chińską grupę etniczną, można tu w wielu miejscach dobrze  i tanio zjeść. Właśnie w jedno z takich miejsc udałam się, gdy w dzielnicy kolonialnej rozpętała się olbrzymia burza i musiałam wsiąść w jakiekolwiek metro.

SONY DSCSONY DSC

Mój kolejny dzień w Singapurze polegał na dalszej eksploracji miasta i zagłębianiu się – pieszo – w różne miejsca. Wieczorem miałam w planach wsiąść na prom do Indonezji – płynący na małą wyspę Batam, która miała być moim punktem przesiadkowym na Sumatrę. Chciałam zatem wykorzystać czas, który mi tu pozostał jak najlepiej. Wrażenie, jakie to miasto na mnie zostawiło jest nie do opisania – mogę śmiało powiedzieć, że uwialbiam Singapur i bardzo chciałabym tu wrócić. Mam jednak świadomość, że ta pozorna kraina idealna jest w gruncie rzeczy niczym innym, jak pewnego rodzaju eksperymentem społeczno-ekonomiczno-technologicznym. Pełnym wad i tylko pozornie wyglądającym na sprawnie działający. Mimo to, nie można mu odmówić jednego – robi świetne pierwsze wrażenie!

PS.

Singapur jest dla mnie absolutnie doskonałym plenerem fotograficznym. Przez 2 dni zrobiłam tu więcej zdjęć, niż w całej Malezji. Jeśli chcecie zobaczyć pełniejszą galerię zdjęć, zapraszam na Facebooka Freestyle Travel!

PS.2.

Ucinając dyskusję, która może wywiązać się pod tym postem – znam historię Singapuru, podobnie jak i historie większości odwiedzanych przeze mnie krajów (a przynajmniej w zarysie). Ten tekst został napisany pod wpływem emocji pod wpływem podróży i byciem „tu i teraz”, z pominięciem kontekstu społeczno-politycznego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s