Malezja. Odcinek 11: Melaka, czyli dziwność goni dziwność!

Podróż do Melaki zaczęła się wcześnie rano – dotarłam na dworzec autobusowy w Mersing już po 6tej, obserwując jak miasto powoli budzi się do życia. Autobus wyjątkowo ruszył o czasie (za to „wyjątkowo” odjeżdżał z innego stanowiska, niż mi powiedziano dzień wcześniej w kasie dworca) i już po kilku godzinach raczej szybkiej jazdy dotarłam do jednego z najbardziej znanych malezyjskich miast.

Dworzec autobusowy w Melace zaskoczył mnie swoją nowoczesnością (no dobra, do tego w stolicy kraju nie można go porównywać) i przez chwilę miałam problem z tym, jak się z niego wydostać. Udało mi się jednak namierzyć informację turystyczną, otrzymać mapę oraz wskazówki, gdzie znaleźć autobus publiczny kursujący do centrum miasta. I byłabym nawet całkiem szczęśliwa, gdyby nie to, że…

… Holenderskie piwa, które kupiłam na Tioman, a których nie spożyłam, podróżujące wygodnie w mojej torbie na ramię, uznały, że najwyższa pora wydostać się na zewnątrz. Jedna z puszek została przedziurawiona czymś (najprawdopodobniej długopisem), a płyn szybko się zalał mi torbę. Zapach piwa przy ponad 30stopniowym upale nie jest naciekawszym zjawiskiem, zwłaszcza, gdy ma się zalaną sporą część rzeczy osobistych i już wiesz, że pierwszą rzeczą, którą zrobisz po dojeździe do miasta będzie znalezienie pralni. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że musiałam dostać się do centrum miasta przy pomocji komuniakcji miejskiej. Co oznaczało konieczność wejścia do autbusu pełnego ludzi nietolerujących alkoholu…

No ale.

Wsiadłam do autobusu publicznego i z kamienną twarzą obserwowałam ludzi, którzy coraz szybciej ruszali nozdrzami i coraz częściej przesiadali się z dala ode mnie. Warto tutaj dodać, że autobus publiczny w Melace niczym nie ustępuje tym kursującym w dużych maistach europejskich.. Ogromne zaskoczenie (wspominając stare pojazdy pomykające np. po Bangkoku) i miła niespodzianka. Po kilkunastu minutach jazdy dotarłam do historycznego centrum miasta. W międzyczasie sprawdziałam na booking.com różne opcje noclegu i wybrałam całkiem przyzwoity hostel niedaleko centrum. Udałam się w tamtym kierunku bez rezerwacji, ale z nadzieją, że będą mieć coś wolnego oraz będą dysponowacć pralką. Po drodze oczywiście zgubiłam się kilkanaście razy i tylko dzięki pomocy właścicieli lokali i sklepów, udało mi się dotrzeć pod właściwy adres.

Hostel faktycznie okazał się bardzo fajny, a właściciele niesamowicie mili. Nie chcąc jednak tracić czasu, wrzuciłam pranie do pralki, bagaże do pokoju, ciało pod prysznic, a następnie poszłam zwiedzać to niesamowite, chociaż również trochę już skomercjalizowane przez masową turystykę, miasto.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

Melaka to dawna kolonia holenderska, której stare miasto jest wpisane na listę UNESCO. Jako kulturoznawca, podróż jej ulicami była dla mnie bardzo inspirująca. Na każdym kroku można zauważyć krzyżowanie się wielu kultur. Po zwiedzeniu najważniejszych punktów na mapie miasta oraz China Town (które w Melace podobało mi się zdecydowanie bardziej, niż w Bangkoku czy Kuala Lumpur), postanowiłam spróbować specjałów lokalnej kuchni. Melaka słynie z nyonya food, czyli specyficznej kuchni będącej mieszanką kuchni malezyjskiej i chińskiej, a czołowymi potrawami tego regionu są m.in. chicken rice balls czy char siew rice. Podobnie także jak w wielu innych miejscach, bardzo popularne sa tu różne dania z dodatkiem duriana. Ja jednak miałam ochotę spróbować dwóch rzeczy: satay celup chicken oraz deseru cendol.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

Najstarsza i najbardziej popularna restauracja serwująca satay chicken w Melace (o oryginalnej nazwie Satay Celup) otwiera swoje bramy dopiero o godzinie 16stej, a kolejki do tego miejsca są legendarne. Jako, ze bardzo chciałam spróbować ich kuchni, stanęłam przed wejściem do restauracji już pół godziny przed planowanym otwarciem. Obsługa zaprosiła mnie do stolika i dała szansę obserwować, jak wygląda proces przygotowania lokalu do przyjęcia gości.

Wyglądało to trochę jak w fabryce: 6 osób biega między stolikami, rozstawia krzesła, włącza podgrzewacze (stoły do satay mają charakterystyczną dziurę pośrodku, gdzie wkłada się garnek z ostrym sosem orzeszkowym, podgrzewanym od spodu w sposób ciągły), wkłada garnki z sosem, dosypuje przypraw do garnków z sosem, miesza w garnkach z sosem, przeciera stoliki, układa naczynia, uzupełnia zapasy warzyw, ryb, owoców morza i mięs w chłodziarce, rozstawia dzbanki z wodą, przynosi szklanki, itp, itd.). Moje obserwacje ccałego procederu przerwał Pan właściciel, który ruchem zapraszającym wysłał mnie pod chłodziarkę w celu wybrania smakołyków, które chciałabym zanóżyć, a tym samym, ugotować w sosie. Wybrałam kilkanaście długich wykałaczek pełnych rozmaitych rzeczy, a następnie zagryzki i wróciłam do stolika. Wtedy pojawiła się kolejna osoba pomieszać mój sos i pokuzjąc na migi, że muszę włożyć wykałaczki do środka. Po kilku minutach, knajpa była pełna ludzi, którzy robili dokładnie to, co ja: na zmianę wrzucali nowe szaszłyszki do sosu, wyciągali inne, już gotowe, mieszali sos, zajadali się smakołykami, kursowali do chłodziarki po okolejne wykałaczki, itp. Co ciekawe, w tym lokalu nie ma czegoś takiego, jak rejony obługi kelnerskiej, co oznacza, że do Twojego stolika co 2 minuty podchodzi inna osoba: coś pomieszać, coś zabrac, coś postawić, coś dosypać do sosu.

Rozliczenie rachunku następuje na podstawie kolorów talerzyków z zagryzkami (każdy kolor na swoją cenę, przypomina to organizację w wielu europejskich barach sushi) oraz ilości oraz wielkości drewnianych wykałaczek szaszłykowych. Ja za pyszną i wcale nie małą ucztę zapłaciłam około 20 złotych, co jak na Azję może wydawc się sporą kwotą, ale nie jest, jeśli weźmie się pod uwagę historię tego miejsa i wielość oraz produktów, których spróbowałam: 100letnie jaja (myślałam, że to lokalna odmiana oliwek), kalmary, świeże krewetki, kurczak, rozmaite warzywa).

Po posiłku poszłam pozwiedzac jeszcze tutejszą dzielnicę indyjską (która mi nie zaimponowała w żaden sposób), a nastepnie udałam się w stronę wybrzeża, mając ochotę posiedzieć trochę na plaży. Plaży nie znalałam, za to zgubiłam się kilka razy i małam wątpliwą przyjemność przejść w tunelu pod mostem okupowanym przez szeroki przekrój bezdomnych.

Następnego dnia udałam się spróbować lokalny deser: cendol, który składa się, m.in z syropu palmowego, kokosu, lodu oraz… długich, makaronowatych zielonych klusek. Smak tego pozronego dziwactwa kuchennego absolutnie mnie zaskoczył – deser był pyszny, bardzo odświeżający i niczym nie przypominający w smaku składników, z których był zrobiony.

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

Tego dnia zwiedziałam jeszcze kilka miejsc, a na koniec udałam się na wczesną kolację do lokalnego baru – tym razem spróbowałam wołowiny po balijsku, która była fantastyczna (mimo, że przygotowywana w Malezji 😉 Wieczorem ruszyłam przeanalizować tutejszą sztukę uliczną – rozmaite murale są wizytówką tego miasta, wejść na wzgórze widokowe pełne ruin fortyfikacji, odwiedzić zabytkowy cmentarz holenderskich żołnierzy oraz pozwiedzać okolice portu, gdzie znowu się zgubiłam, zobaczyć kompleks centrum handlowego, zahaczyłam też o market w poszukwianiu tanich ubrań, których nie znalazłam. Udało mi się za to wymienić trochę pieniędzy w kantorze – pilnie potrzebowałam dolarów singapurskich, jako, że z samego rana planowałam ruszyć na podbój tego słynnego państwa-miasta-wyspy!

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s