Malezja. Odcinek 10: Tioman i Mersing, czyli mogło być lepiej.

Kilka bardzo aktywnych dni spędzonych w ciągłej drodze uświadomiły mi, że najwyższa pora trochę poleniuchować. Prosto z Taman Negara postanowiłam udać się na wyspę Tioman, która słynie ze świetnych warunków do snorkelingu oraz… strefy bezcłowej. By się tam dostać musiałam najpierw zaliczyć kilkuetapową podróż do miasteczka portowego, Mersing.

Droga z Taman Negara do Mersing oznacza kilka lub kilkanaście godzin spędzonych w autobusach różnej klasy. Szukając oszczędności, wyruszyłam z TM lokalnym autobusem (JungleBus), który przyjechał spóźniony o  prawie godzinę. Przy dźwiękach lokalnej muzyki dance oraz otoczona przez niesamowite ilości dymu tytoniowego, ja i kilku innych pasażerów dotarliśmy do miasteczka Jerantut, by tam złapać autobus do większej miejscowości – Kuantan. Tam z kolei czekała mnie przesiadka w autobus do Mersing. Na miejscu okazało się, że autobus jadący w tamtą stronę odjechał mi sprzed nosa i zmuszona byłam poczekać jakieś 2 godziny na kolejny. Nie przeraziło mnie to zanadto, ponieważ a) wiedziałam, że na ostatni prom do Tioman, który odpływał około 18stej, już nie zdążę, b) budynek dworca w Kluang jest dość nowoczesny (jak na azjatyckie standardy), c) poznałam na dworcu miłego Argentyńczyka, który także musiał poczekać kilka godzin na swój autobus.

Gdy w końcu ruszyłam w dalszą drogę. Mój humor szybko się zmienił, biorąc pod uwagę kwestie związane z opisywaną przeze mnie wiele razy, klimatyzacją oraz tempo, w jakim pokonywaliśmy drogę.  Do Mersing dotarłam już po zmroku, nie wiedząc absolutnie, w którą stronę iść oraz gdzie przenocować. Pamiętałam, że w tym miasteczku znajduje się hostel prowadzony przez Omara (ciekawostka zapamiętana z forum prowadzonego przez Tomka Michniewicza, www.koniecswiata.net), ale nie widziałam, jak się tam dostać.  Z racji tego, ruszyłam przed siebie i weszłam do pierwszego lepszego hotelu po drodze. Było już koło północy i nie bardzo miałam siły się targować, więc po kilku próbach zbicia ceny, przyjęłam ofertę Chińczyka prowadzącego hotel. Cena nie była zbyt wygórowana, a warunki całkiem niezłe (łazienka w pokoju, ciepła woda, działające WiFi i klimatyzacja). Mimo, że byłam zmęczona, miałam spore problemy z zaśnięciem, a poranne wstawanie z zamiarem zdążenia na pierwszy poranny prom było bolesne.

Na szczęście, droga na przystań nie była zbyt skomplikowana, po 20 minutach spaceru dotarłam na miejsce i stanęłam w ogromnej kolejce po bilety. Przy kasie okazało się, że prom staje w kilku miejscach wzdłuż wyspy i trzeba zadeklarować, gdzie się płynie, a także uiścić dodatkową opłatę za bilet wstępu do Narodowego Parku Nadmorskiego (Pulau Tioman Marine Park).

dsc01026SONY DSC

Po analizie mapy wybrzeża wyspy, postanowiłam wysiąść na przystani oddalonej kilka kilometrów od centrum wyspy. Dawało to gwarancję spokoju oraz możliwości znalezienia tańszych noclegów. Ponad godzinna podróż promem była całkiem przyjemna (oprócz przeszywającego zimna bijącego z klimatyzacji oraz problemu ze znalezieniem swojego miejsca). Gdy w końcu dobiliśmy do brzegu, stwierdziłam, że dobrze wybrałam. Na pierwszym przystanku promu – centrum wyspy, wytoczyła się z niego cała grupa ludzi, w większości tych, którzy przyjechali tu na zakupy lub wczasy z dziećmi czy przyjaciółmi. Na moim przystanku wysiadła dosłownie garstka ludzi, z czego większość miała już zarezerwowany pobyt i skorzystała z usługi transportowej oferowanej przez kierowców skuterów z doczepką okupujących pomost. Ja poszłam wzdłuż molo i pytając miejscowych, gdzie najlepiej znaleźć tani nocleg, skręciłam w prawo. Po drodze mijałam wiele obiektów, jednak wszystkie oferowały dużo wyższe ceny, niż ja mogłam, czy raczej chciałam, wydać. Po ponad 15 minutach dotarłam do resortu pełnego dość skromnych drewnianych domków i podeszłam prosto do właścicieli. Okazało się, że mimo wysokiego sezonu, mają oni wolny jeden domek, który obejrzałam i zdecydowałam się wynająć. Właściciele – małżeństwo w średnim wieku, on gruby i leniwy, ona zezowata i śliniąca się, nie zrobili na mnie najlepszego wrażenia. jednak warunki i cena były dość znośne, a mieszkańcy reszty domków wydali się dość mili.

Problemy zaczęły się w momencie, kiedy poprosiłam gospodarzy o hasło do Internetu. Okazało się, że nie upubliczniają go oni – możliwe jest tylko korzystanie z WiFi na telefonie i jednorazowe przepisanie hasła z zeszytu w ich obecności. Hasło składało się z ciągu kilkunastu liczb i liter, wymieszanych ze sobą, niemożliwych do zapamiętania. Niestety, mój telefon nie zaakceptował hasła, usilnie twierdząc, że jest ono błędne. Po 15 minutach prób, resetowania telefonu i nerwów, w końcu się poddałam. Zapytałam właścicieli, czy mogę przepisać hasło i spróbować połączyć się na laptopie, ale usłyszałam, że… nie, bo udostępnię je sąsiadom (resort obok, w którym nie ma WiFi). Zdenerwowana do granic możliwości, zrezygnowałam z dalszych prób połączenia i wszczynania kłótni. Postanowiłam iść coś zjeść, złapać WiFi oraz zaopatrzyć się jakiś alkohol – na bezcłowej wyspie Tioman jego cena jest niższa niż w Europie i stanowczo dużo niższa, niż w całej muzułmańskiej Malezji. Udałam się więc główną, a raczej jedyną drogą na wyspie w stronę centrum (Tekek) i weszłam do pierwszego przybytku, który wyglądał na posiadający WiFi. Zamówiłam lokalną odmianę curry z kurczakiem i owocami morza oraz udało mi się złapać bardzo, ale to bardzo słaby sygnał. Lokal był prawie pusty, ale dość czysty i z ładnym widokiem na ocean.

Wieczorem poszłam na spacer po plaży, gdzie pohuśtałam się na bardzo zdezelowanej huśtawce drzewnej i dałam się pokąsać tysiącom much. Weszłam też do dość zatłoczonego baru na plaży, gdzie udało mi się wypić zimne piwo patrząc na zachód słońca. Miejsce było dość przyjemne i reklamowało się jako pizzeria. A jako, że miałam już powyżej uszu ryżu oraz wszelkich odmian curry, stwierdziłam, ze zaryzykuję. Wzięłam jedną na wynos z zamiarem zjedzenia w łóżku i … to była zdecydowanie najgorsza pizza w moim życiu.

dsc01022dsc01028dsc01044

dsc01035

Rano poszłam do miasta w celu zrobienia zakupów. I tutaj popełniłam kilka błędów, można powiedzieć, obyczajowych. Jeden, nie wiedziałam za bardzo, gdzie mogę znaleźć alkohol, wchodziłam do każdego mijanego sklepu i pytałam o to. Większość właścicieli tych miejsc to Muzułmanie, dla których pytanie o sprzedaż alkoholu, w szczególności przez kobietę i to białą, to duży nietakt. W trzecim sklepie, który odwiedziłam, zauważyłam po minie właściciela, że nie jest on szczęśliwy z mojego pytania. Im bliżej byłam centrum miasta, tym więcej podobnych sytuacji uświadczyłam. Po drodze minęłam dużą tablicę w dwóch językach – malezyjskim i po angielsku tłumacząca, że zgodnie z Koranem Muzułmanie nie powinni sprzedawać, pić ani oferować alkoholu. Znalazłam tam też informacje odnośnie tego, jakie kary finansowe im za to grożą. Gdzie zatem można kupić ten słynny alkohol, będąc na teranie bezcłowej wyspy? W Centrum. Im bliżej głównej miejscowości na wyspie, tym więcej sloganów sklepów monopolowych i zachodnich turystów niosących obfite siatki z zakupami.

dsc01045dsc01048SONY DSC

SONY DSC

Tioman to nie jest dobra wyspa dla osób zamierzających spędzać długie godziny na plaży. Plaże są tu raczej mało atrakcyjne, a samo wejście do wody kamieniste. Za to wyspa jest prawdziwym rajem dla osób uprawiających snorkelling oraz nurkowanie głębinowe. Tutejsza rafa koralowa oraz niesamowite życie podwodne zachwycą praktycznie każdego. Co ciekawe, podwodny teatr można obserwować oddalając się zaledwie kilkanaście metrów od brzegu. Woda jest fantastycznie turkusowa – zupełnie inna niż w Tajlandii czy w Wietnamie. Ogółem wyspa ma w sobie coś magicznego, chociaż nigdy w życiu nie pokusiłabym się na nazwanie jej piękną. Spędziłam tu całkiem miło czas nie robiąc absolutnie nic, ale po przejściu całego zachodniego brzegu, kilku kąpielach w morzu oraz dwóch nocach w tym miejscu,  uznałam, że najwyższa pora ruszać dalej. Zebrałam się więc z samego rana i ruszyłam na przystań.

W tym czasie rozpętało się istne piekło – od momentu mojego przybycia na wyspę niebo zwiastowało deszcz, ale w momencie jak tylko stanęłam na molo czekając na prom, z nieba runął obfity i mocny deszcz. Razem z kilkunastoma osobami stłoczyliśmy się pod daszkiem, jednak już po kilku minutach wszyscy byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Prom nie przypływał – czego się spodziewaliśmy (w Mersing czekając na łódź przeczytałam wszystkie możliwe tablice informacyjne mówiące o tym, że kursowanie promów jest uzależnione od poziomu wody i innych czynników naturalnych). By jakoś urozmaicić sobie czas, razem z grupą Koreańczyków wdaliśmy się w rozmowę na temat okropności jedzenia na wyspie (dosłownie wszystko, czego próbowałam było okropne – doznałam tutaj najgorszych doświadczeń kulinarnych w Azji; największą okropnością był jednka tutejszy napój śniadaniowy składający się z przetartych otrębów, płatków kukurydzianych, ciepłego mleka i wody). Po dwóch godzinach czekania, nawet ten temat nam się wyczerpał. W tym czasie jednak przynajmniej przestało padać i pojawił się chociaż cień nadziei na wydostanie się z tego końca świata.

dsc01040dsc01041

dsc01050

W końcu prom przypłynął i udało nam się dostać na stały ląd. Było późne popołudnie i już wtedy wiedziałam, że nie zdążę na wieczorny autobus do Melaki i muszę znowu zostać w Mersing na noc. Wiedząc, że wspomniany przeze mnie wcześniej hostel Omara jest niedaleko przystani, poszłam w tamtym kierunku. Przyłączył się do mnie Nowozelandczyk, którego poznałam na łodzi. Po kilkunastu minutach spaceru dotarliśmy do hostelu i na miejscu spotkało nas ogromne zaskoczenie. Hostel był kompletnie pusty – zero gości, zero obsługi. Na drzwiach wisiała tylko kartka, że każdy jest tu mile widziany, Omara w tym momencie nie ma, ale możemy wejść, zająć sobie łóżko i wpisać się do księgi meldunkowej. Tak też zrobiliśmy. Ja zajęłam mały pokój dwuosobowy z oknami na ulicę, a Nowozelandczyk wieloosobowe i całkiem opustoszałe dormitorium. Czekaliśmy na gospodarza dłuższą chwilę, ale się nie zjawił, więc postanowiliśmy iść do miasta załatwić parę spraw. Przede wszystkim – zjeść kolację, a następnie zrobić zakupy w tutejszym markecie z wielopakami wszystkiego (wszystkiego!), a potem udać się na dworzec autobusowy – każde z nas chciało kupić bilet na dalszą podróż.

Po powrocie do hostelu ws końcu pojawił się współwłaściciel, przyjaciel Omara, z którym mogliśmy wspólnie posiedzieć, porozmawiać oraz uregulować należność za pobyt (ta sama kwota za każdy tym pokoju i łóżko). Wieczór minął w wesołej atmosferze. Jednak ja już po paru godzinach w mieście po raz kolejny doświadczyłam charakterystycznego uczucia zmęczenia. Powroty z wysp do miasta stawały się dla mnie coraz trudniejsze – hałas, spaliny, ludzie i dźwięki z pobliskiego meczetu sączące się przez megafony całymi dniami dawały mi się we znaki. Nawet stopery w uszach tutaj na niewiele się zdawały.

Po ponad miesiącu w Azji doznałam w końcu tego uczucia – nie wiedziałam już sama, co lubię i kim teraz jestem. I uczucie to bardzo mi się spodobało.

dsc01052

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s