Malezja.Odcinek 9: Taman Negara. W poszukiwaniu naturalnych wrażeń.

Jeśli jedziesz do Taman Negara z Cameron Highlands, uzbrój się w cierpliwość. Jeśli cierpisz na chorobę lokomocyjną, dodatkowo miej pod ręką aviomarin lub listek innego leku. Nie będzie łatwo.

Ja spędziłam ponad 5 godzin w busie przeznaczonym dla około 30 osób, skacząc wraz z autobusem przy każdym wyboju, dziurze i innej przeszkodzie. Już po pierwszej godzinie jazdy zastanawiałam się czy nie ma ona czegoś wspólnego z terapią elektrowstrząsową. Nie byłoby może tak źle, gdyby nie fakt, że jak w wielu częściach Azji, także w Malezji kierowcy mają uciążliwy zwyczaj włączania klimatyzacji na maksymalne obroty. Oznacza to, że przez wiele godzin pędzisz po dzikich drogach w zamrażalniku na kółkach.

Po ponad 5 godzinach jazdy, w tym jednym postoju w indyjskiej knajpce, gdzie razem z para Australijczyków i dziewczyną w Wielkiej Brytanii zjedliśmy śniadanie i skorzystaliśmy z dobrodziejstw typowej malezyjskiej toalety, dotarliśmy na miejsce. Upał w miasteczku Kuala Tahan był koszmarnym zaskoczeniem – nie tylko ze względu na spędzenie poprzedniego dnia w chłodnych obszarach na wysokościach. To był po prostu jakiś rekord temperaturowy, który trwał przez kolejne kilka dni. Nawet lokalosi narzekali.

Po wyjściu z autobusu i zmierzenia się z temperaturą, razem z Australijczykami udaliśmy się do informacji turystycznej zasięgnąć języka. Moi znajomi nie mieli noclegu i chcieli poszukać czegoś taniego, ja natomiast dzień wcześniej przeskrolowałam Internet i zdecydowałam się zostać w Mat Leon Village. Właściciel informacji turystycznej, młody chłopak znał dobrze właściciela tego ośrodka, więc do niego zadzwonił z newsem, że już jestem w mieście i nie wiem, jak się dostać do Mat Leon Village. Mat poprosił go, by mnie tam zatrzymał do czasu, aż sam nie przyjedzie po mnie autem.

Po 10 minutach Mat zjawił się po mnie swoim jeepem i razem pomknęliśmy na jego włości. Mat Leon Village okazało się wioską drewnianych domków z własną, domową restauracją oraz przystanią. Obiekt był prowadzony przez Mata z żoną (Indonezyjka z Jawy), gromadkę ich dzieci oraz grupkę najemników z wioski. Zabudowa była oddalona o około 20 minut marszu od centrum miasteczka, co zapewniało spokój, ciszę oraz możliwość poczucia prawdziwej dziczy. W obiekcie nie było zbyt wielu turystów, oprócz mojego może ze 2 domki były zajęte.

Po długiej podróży nie miałam szczególnie ochoty na większe aktywności w tym upale. Resztę dnia spędziłam na leniwym wylegiwaniu się na werandzie domku i obserwowaniem otaczającej mnie przyrody. W planach na następny dzień miałam trekking po słynnej najstarszej dżungli, świata (a raczej lesie deszczowym), Taman Negara.

SONY DSCSONY DSC

By dostać się do TN trzeba najpierw dotrzeć do centrum miasteczka, a następnie poczekać przy brzegu rzeki na łódkę transportująca na drugi brzeg rzeki. Można oczywiście skorzystać z rozmaitych pakietów oferowanych przez tutejsze biura turystyczne. W samym Mat Leon Village można wybierać spośród wielu ofert jednodniowych trekkingów, kilkudniowych survivali czy nocnego safari. Do wyboru, do koloru. Ja zdecydowałam jednak wybrać się do dżungli sama, z nadzieją na zaobserwowanie w końcu jakiś dzikich zwierząt i ptaków. I tu kolejne rozczarowanie.

Słynna dżungla, okazała się bardziej cywilizowana niż niejeden zakątek Bangkoku, a masowo fotografowane Conopy Walkaways, które rozpalały moją wyobraźnię przez ostatnie miesiące przypominały raczej park linowy pod Krakowem i nie dostarczały szczególnych wrażeń. Ale po kolei.

SONY DSCSONY DSC

Po przepłynięciu rzeki, trzeba udać się do biura dżungli, gdzie po okazaniu paszportu i wypełnieniu kilku druczków, otrzymywało się bilet wstępu. W tym miejscu obowiązuje pisemna zgoda na fotografowanie i upublicznianie terenu parku narodowego, oczywiście odpłatna. Nie chcąc przysparzać sobie niepotrzebnych problemów, zapłaciłam, co trzeba i przekroczyłam bramę. W Taman Negara dostępnych jest kilka szlaków, którymi można się poruszać, w zależności od preferencji dotyczących tego, co chcemy zobaczyć. Ja wybrałam ścieżki w prawo (w lewo szlaki prowadziły do wodospadu, ale była to wielogodzinna eskapada związana z koniecznością noclegu w tym miejscu). Udałam się najpierw do drewnianego obserwatorium zwierząt, gdzie udało mi się podpatrzyć kilak gatunków ptaków, a następnie w stronę Conopy Walkaway. I tu kolejna niespodzianka – wstęp na linowe mosty w koronach drzew jest dodatkowo płatny! I znowu, kurwując pod nosem, zapłaciłam, co trzeba, by wdrapać się po drewnianych schodkach na szczyt wieżyczki i rozpocząć spacer kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Spacer w kółko, bez możliwości przystanięcia na dłużej i delektowania się widokiem (za mną kroczyła duża grupa, a budowa mostu uniemożliwiała przepuszczenia kogoś bokiem). Po 10 minutach spaceru i zrobieniu kilku zdjęć przemiłej Angielce spotkanej na kolejnym mostku, zeszłam na dół, zawiedziona jak dziecko dowiadujące się, że Mikołaj nie istnieje. Wzięłam kilka wdechów i postanowiłam udać się na pobliskie wzniesienie.Po drodze przyuważyłam warana i to tyle…

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

Kroczenie po szlakach TN, tych znajdujących się do koło 10km od wejścia, nie może być dla nikogo problemem. Po pierwsze, nie idziesz po ziemi, ale po specjalnych drewnianych panelach. Po drugie, nie ma szans, że się zgubisz – dokładnie z tego samego powodu. Panele prowadzą cię w odpowiednim kierunku, a jedyne, co może pójść źle, to poślizgnięcie się (wilgotność w lesie jest bardzo duża i mocno odczuwalna). Na szczęście, wzniesienie, w kierunku którego szłam w pewnym momencie zapewniało trochę więcej adrenaliny. Panele się skończyły i trzeba było się wspinać po zboczu. Niezbyt stromym, niezbyt trudnym, ale pełnym konarów drzew. Finalnie, po ponad 20minutach dotarłam do punktu obserwacyjnego. Niestety, drewniana wieża była zawalona. Przysiadłam więc na stercie kamieni i obserwowałam okolice. Nie trwało to długo, bo od razu obsiadły mnie wredne, gryzące mini mchy, z którymi miałam problem podczas całego pobytu w Azji. mimo pryskania się repelentem średnio co 10 minut, nie mogłam się od nich odpędzić i musiałam uciekać. Zahaczyłam jeszcze o kilka innych miejsc zaznaczonych na mapie, jako interesujące (m.in. obszary nad rzeką) i na tym skończyłam przygodę z dżunglą. Nie była ona moim zdaniem warta spędzenia w niej większej ilości czasu. Mimo, że bardzo lubię długie trekkingi, przeraziły mnie tu tłumy turystów, wycieczek z przewodnikiem i innych oznak zorganizowanej turystyki.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

Wracając do domku wstąpiłam jeszcze do restauracji przy rzece, gdzie zjadłam całkiem smaczny smażony ryż (danie narodowe w  Malezji) i zrobiłam małe zakupy. Postanowiłam z samego rana zwijać się z tego miejsca w stronę Mersing, miejscowości, skąd odpływał prom do bezcłowej wyspy Tioman. Wieczór spędziłam całkiem miło – obserwując zachód słońca nad dżunglą z werandy restauracji w Mat Leon Village oraz wielkiego węża zjadającego swoją ofiarę. Wąż jadł, trawił i leżał w miejscu przez dobrych kilka godzin, a my obserwowaliśmy go razem z Matem, robiąc wiele zdjęć i kręcąc filmiki. Mat przygotował mi także na kolację ryż z dodatkiem świeżych kwiatów goździka, z którego słynie ten region. Tak w ogóle, Mat to bardzo fajna postać. Myśliwy, człowiek dżungli, dbający o otoczenie, prowadzący własny biznes i dobrze znany w okolicy. Razem z żoną zapewnili mi na prawdę świetny pobyt i miłą, rodzinną atmosferę oraz opowiedzieli wiele ciekawostek na temat dżungli i miasteczka. Doradzili także, gdzie kąpać się w rzece, by nie utonąć oraz bardzo starali się nie roześmiać na moje pytanie o obecność krokodyli.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s