Odcinek 6: Tajlandia. Problemy, komplikacje, zawirowania – południe kraju.

Tak się jakoś w mojej podróży złożyło, że pierwszy etap mojego pobytu w Tajlandii koncentrował się głównie wokół przemierzania jej środkowej i południowej części. Dlaczego? Kilka tygodni temu, robiąc research możliwości w miarę taniego powrotu do kraju, odkryłam, że najtańsze bilety do Polski są właśnie z Tajlandii. Z każdego innego okolicznego państwa zapłaciłabym przynajmniej z 500 pln więcej, więc podjęłam decyzję, że moja wyprawa po Azji Południowo-Wschodniej będzie miała swój początek i koniec w Bangkoku. I że zacznę podróż od poruszania się z Bangkoku w dół mapy, a wracając przez Birmę, zwiedzę północną część Tajlandii.

I tak też zrobiłam, a raczej postanowiłam zrobić, bo w życiu różnie bywa i liczyłam się z możliwą zmianą planów.

Ostatnie dni, które przyszło mi spędzić w Tajlandii były dość chaotyczne:

  1. Próbując dostać się z zachodniego na wschodnie wybrzeże kraju, musiałam spędzić ponad 12 godzin w różnych środkach transportu i z masą przesiadek. A było to tak: z Koh Phayam wzięłam łódkę do przystani w Ranong. Z przystani musiałam podjechać mini busem do oddalonego o dobrych 10-15 km dworca autobusowego. Stamtąd miałam przyjemność przesiąść się w kolejnego minibusa, pełnego lokalosów jadącego do Surat Thani. Podróż nim trwała ponad 5 godzin, w przyjemniej temperaturze minus milion stopni. Dlaczego minus milion? Bo przedstawiciele krajów azjatyckich mają bardzo interesujące podejście do klimatyzacji, która zawsze chodzi tu włączona na maxa. A to oznacza, że jeśli nie weźmiesz ze sobą do busa bluzy, śpiwora albo kurtki, to najprawdopodobniej czeka cię śmierć z powodu hipotermii. Po zziębnięciu ostatecznym, gdy już udało nam się przeżyć kontrolę paszportów przez przedstawicieli wojska (zawał nr 1, bo paszport mądrze spakowałam do plecaka, który był na samym dnie bagażnika pod 15 innymi walizkami pasażerów), a następnie kilka drobnych incydentów drogowych, po raz kolejny musiałam przebiec pól miasta, by dostać się do małej agencji turystycznej, skąd odjeżdżał bus do portu morskiego Donsak. Jednak bus nie dojeżdżał bezpośrednio do portu, tylko wysadził mnie jakieś 3 kilometry wcześniej, więc razem z moim 20 kg monsterem na plecach westchnęliśmy rzewnie i poszliśmy. Po przekroczeniu bramek portowych, znikąd wyłonił się wspaniały wybawca, mężczyzna na skuterze z koszulce z napisem SECURITY, który zatrzymał się u mych stóp i kazał wsiadać. Podrzucił mnie dokładnie obok mojego promu, a ja wdzięczna niebiosom, wsiadłam na wielki i wspaniały statek. Po przeszło 2 godzinach przyjemnego kołysania, udało mi się wreszcie dobić do Koh Tao.
  2. Chcąc dostać się z Koh Tao do Malezji, musiałam wykonać kilka podobnych operacji, jak w punkcie powyżej. Aczkolwiek, chcąc trochę zaoszczędzić na noclegach, postanowiłam zostać hardkorem i wydłużyć operację o 2 doby. Najpierw wsiadłam na speed boat płynącą do miasta Champton (3,5h). W przystani przesiadłam się w busa jadącego do centrum miasta – jakieś 1,5 h. Po dotarciu na Dworzec okazało się, że pociąg jadący na południe Tajlandii, HatYai odjeżdża dopiero za 6 godzin. Kupiłam więc bilet na nocny pociąg z miejscem leżącym i poszłam zwiedzać miasto. Gdy już nadjechał pociąg, to okazało się, że ma on 14 wagonów, a ja mam miejscówkę w ostatnim. I nie ma tak dobrze, jak w Polsce – gdy przyjeżdża pociąg, to masz skład 1, 7 a potem 11. Nie, nie! Tutaj było równo 14 wagonów. A ja z monsterem czekałam na pociąg na początku peronu. Wiec tak: pociąg nadjeżdża, ja stoję. Patrzę na numerację, biegnę z monsterem na koniec pociągu. Zlana potem wsiadam dumna jak paw, że zdążyłam, do wagonu numer 14. A tam pan, opiekun wagonu (tutaj każdy wagon ma swojego ‘kierownika’, który dba o spokój, czystość i komfort podróży), mówi, że wagon ok., miejsce ok., ale DATA NA BILECIE NIE TA. Wiec ja na niego patrzę i mówię, że tutaj jest wydrukowane 15.04, ale w kasie chyba źle włożyli papier do drukarki i wydrukowało się na innym napisie i wygląda na 18!!! A pan menedżer mówi, że: NIE. Że mam wysiąść. Że mnie nie wpuści. Na co ja, że zostaję. Po 2 minutowej ostrej wymianie zdań, kierownik kazał mi wysiąść i udać się do kasy biletowej wyjaśnić sytuację. Wiec ja wysiadam z moi monsterem i biegnę znowu przez cały peron. W informacji tłumacze panu, o co chodzi, on sprawdza w systemie i mówi, że mam dobry bilet. To mu tłumaczę, że kierownik, pan i władca, mnie wpuścić nie chce i proszę, żeby poszedł ze mną. To idziemy szybko, bo pociąg już dobre 5 minut stał na stacji. W połowie drogi do wagonu pociąg powoli rusza, a pan z informacji mówi, że nie zdążymy, mam wskakiwać natychmiast w najbliższy wagon, przejść pociąg środkiem i przekazać kierownikowi, ze bilet jest dobry. To wskakuję i przechodzę 2 wagony, chcę iść dalej, ale NIE. Drzwi miedzy wagonami zamknięte na amen. Za to drzwi do pociągu otwarte, a na schodkach siedzi i pali fajki 2ch młodych lokalosów.  Pytam: co zrobić?. A oni, żebym szybko wyskoczyła i wskoczyła na schodki obok.

JAJA, UHMM.

Z 20 kg monsterem na plecach? Aparatem na szyi? W japonkach? Z ciężką torbą w łapie?

No dobra.

Zrobiłam to.

I stanęłam twarzą w twarz z ulubionym kierownikiem wagonu, któremu grzecznie tłumaczę, dlaczego znowu weszłam na jego teren. Ten sprawdza bilet na 100 sposobów: podświetlając komórką, zapalniczką, wkładając pod halogen w pociągu i w końcu mówi: „dobra, możesz zostać”. Podchodzi do niego konduktor i pyta, o co chodzi. Ten mu po tajsku tłumaczy. Ja tonę we własnym pocie i purpurze.

Kierownik patrzy na mnie, zaczyna się śmiać. Konduktor patrzy na mnie, zaczyna się głośniej śmiać. Ja patrząc na nich, wybucham śmiechem i idę w stronę mojej kuszetki.

Pociąg miał dotrzeć do HatYai o godzinie 5:52. Specjalnie nastawiłam budzik, by wstać na czas. No, ale czego się spodziewałam. W Tajlandii mają wspaniałe podejście do czasu: praktycznie każdy czas przejazdu jest wyższy o średnio 10-30 procent od czasu deklarowanego. I nikt się temu nie dziwi – o 5.52 tylko ja jedna naiwniara stałam z plecakiem przy drzwiach gotowa, by wysiadać. Reszta ludzi smacznie spała.

Tym samym, dotarłam do mojej destynacji o godzinie 9 rano. Wykończona, zostawiłam rzeczy w przechowalni bagażu i poszłam zwiedzać miasto. Nocny autobus do Kuala Lumpur był dopiero o 19stej, wiec miałam przed sobą 10 długich godzin oczekiwania. I takim oto sposobem, dowiedziałam się i doświadczyłam na własnej skórze, że im dalej na południe Tajlandii, tym większa mieszanka kulturowa i mocniejsze wpływy mniejszości chińskiej i muzułmańskiej.

Już będąc w Champon i mając kilka godzin na zwiedzenie miasta, zauważyłam, że wiele osób patrzy na mnie trochę dziwnie (szorty, bluzka na ramiączkach, stosunkowo jasna skóra – stosunkowo, bo po 3 tygodniach życia na wyspach wyglądam już prawie jak lokalos), a bardzo dużo kobiet nosi hidżab na głowie. Połowa knajp obok dworca – knajp znajdujących się na środku ruchliwej ulicy, dodam, – była prowadzona przez muzułmanki i oferowała żywność zgodną z wytycznymi ich religii.

Tymczasem w HatYai.

No, tutaj to już była ostra jazda bez trzymanki. Meczety na każdym kroku. Restrykcje odnośnie ubioru widoczne wszędzie. Bardzo mało lokali prowadzonych pod klientów zachodnich, wszędzie tajskie, chińskie albo muzułmańskie restauracje. Bardzo mało turystów widocznych na ulicach, ale na każdym kroku próby kreowania wizerunku miasta na turystyczne – specjalne karty przejazdowe, zniżki, banery reklamowe po angielsku. Tymczasem przez cały dzień zauważyłam, że bardzo mało jest tu ludzi mówiących po angielsku. Oczywiście, oprócz namolnych taksówkarzy koło dworca. Jeden z nich tak się uparł, by mnie zabrać na jakąś wycieczkę, że mimo licznych  próśb i gróźb o zostawienie mnie w świętym spokoju, postanowił iść za mną przez pól miasta. Uratował mnie dopiero właściciel jakiejś hinduskiej knajpy, który zapytał wprost, czy potrzebuję jakiejś pomocy i w paru słowach spławił gościa.

Uratowana!

Później z kolei spotkałam w barze koło dworca Egipcjanina, który dowiedziawszy się, ze tez jadę do Malezji, za wszelką cenę postanowił połączyć nasze wyjazdy, chciał nawet przebukować swój bilet… I tu znowu prośby i groźby nie pomagały, dopiero stanowcze wyjście z knajpy mnie uchroniło przed możliwą katastrofą. Gdy już w końcu wsiadłam do busa, pozostawało mi tylko modlić się, by urząd imigracyjny na granicy tajsko-malezyjskiej się nie doczepił do całej torby leków znajdującą się w moim plecaku. I tutaj w końcu miałam trochę szczęścia, dotarłam do Kuala Lumpur cała i zdrowa.

SONY DSC
HatYai o poranku
SONY DSC
kolorowo
SONY DSC
architektura nawet ciekawa
SONY DSC
pofalowane
SONY DSC
local taxi
SONY DSC
miasto można śmiało nazwać miastem targów i innych marketów
SONY DSC
suszone owoce, warzywa, świńska skórka
SONY DSC
no właśnie

A co było dalej? Mordercze szczury, polscy Rosjanie, zagubiona autostrada i wagony dla kobiet. Ale to już kolejna historia…

  • Poziom orientacji w terenie: 5/10
  • Poziom zachwytu nad odwiedzonymi miastami: 3/10
  • Poziom sympatii do lokalosów 5/10
  • Liczba napisanych stron doktoratu: 0/10
  • Poziom okaleczeń: 1/10
  • Poziom zmęczenia: 10/10
  • Poziom bezdomności: 10/10
  • Poziom poczucia bezpieczeństwa: 5/10
  • Poziom bycia Rambo: 8/10
Reklamy

2 Comments Add yours

  1. Introweska pisze:

    Moje pierwsze odczucie po dotarciu do Kuala Lumpur to ” o cholera, ile tu transwestytów”. Tak przewrotnie do ich islamskiej kultury;)

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Kuala Lumpur to dla mnie chyba największy paradoks całej Malezji – jest tam dosłownie wszystko i w każdej ilości, konserwatyzm wymieszany ze skrajna tolerancją 😀 jadąc tam wiedziałam, ze to stolica kraju de facto muzułmanskiego, itp., ale jak w rzeczywistosci zobaczylam specjalne wagony w miejskich pociagach tylko dla kobiet – wtedy dopiero do mnie dotarło, gdzie jestem 🙂

      Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s